
|
SZTUKMISTRZ Z MIASTA LUBLINA Szurmiej sztukmistrzem W teatrze Rampa Jan Szurmiej sięgnął po najpopularniejszą powieść noblisty Isaaca Singera "Sztukmistrz z Lublina". Spektakl zaskakuje aktualnością i mistrzowskim wykonaniem Przy blasku szabasowych świec na scenie zjawiają się aktorzy. Choć sztuka ma wydźwięk uniwersalny, pokazuje, jak wielką moc ma kultura żydowska. Songi Agnieszki Osieckiej Sceny urzekają mistrzowskim wykonaniem. Doskonała obsada aktorska, świetne wykonanie utworów i muzyka sprawiają, że spektakl porywa. Gdy na scenie pojawia się kataryniarz Jasza i rozbrzmiewa jedna z najbardziej znanych piosenek - "Oczy tej małej"- publiczność zamiera. Sztuka, mimo upływu czasu, nie straciła na aktualności. Spektaklem w Rampie Szurmiej przypomina warszawskiej publiczności nie tylko znane piosenki Osieckiej, ale pokazuje również teatr w najlepszym jego wydaniu (...) Katarzyna Adamiak Metro - 15.02. 2004
Udany powrót sztukmistrza Jan Szurmiej ma szczególny sentyment do "Sztukmistrza z Lublina". Osiemnaście lat temu inscenizacja utworu okazała się udanym debiutem reżyserskim, który otworzył przed nim sceny muzyczne w całej Polsce. Dziś po latach znów postanowił zmierzyć się Trzeba przyznać, że i tym razem stworzył przedstawienie urzekające widowiskowością. Długo pozostają w pamięci songi Agnieszki Osieckiej do muzyki Zygmunta Koniecznego, które znakomicie wpisują się w klimat powieści - moralitetu żydowskiego noblisty. Kiedy przyglądamy się postaci tytułowego bohatera Jaszy Mazura, widzimy, jak wiele ma Sztukmistrza gra Maciej Tomaszewski, który wcielił się w niego także przed 18 laty. Taki powrót bywa ryzykiem. W tym wypadku okazał się jednak całkowicie uzasadniony. Widać, że aktor dojrzał do tej roli. Jego Jasza nie stracił nic ze swej zręczności - z równą łatwością jak dawniej chodzi po linie, żongluje i zgłębia tajniki czarnej magii. Na swoje życie patrzy jednak z perspektywy dojrzałego człowieka. Jest w nim więcej smutku i rozgoryczenia. Dopiero teraz jest naprawdę przejmujący. Szurmiej odżegnuje się od określenia "Sztukmistrza" mianem musicalu. Trzeba jednak przyznać, że warstwa widowiskowa i muzyczna jest jego najsilniejszą stroną. Długo pamiętamy jedną z pierwszych scen spektaklu - pieśń "Grajmy Panu" odśpiewaną w blasku szabasowych świec przez Kantora i Chasydów (znakomity Marek Bałata i zespół Rampy). Właśnie ten obraz wprowadza widza w świat żydowskich obrzędów. Pięknie brzmią mądrości Cadyka wypowiadane przez Jerzego Kamasa. Agnieszka Osiecka napisała do tego spektaklu piosenki, które potem zaczęły żyć własnym życiem. Tak było choćby z utworem "Oczy tej małej". Sądziłem, że po fascynujących interpretacjach Anny Szałapak i Magdy Umer nic nie jest w stanie mnie zaskoczyć. A jednak gdy usłyszałem Dorotę Osińską, zmieniłem zdanie. Jej wykonanie to prawdziwy majstersztyk. Osińska opowiada historię zakochanej i porzuconej dziewczyny z niezwykłym przejęciem. Jest w jej opowieści wielkie uczucie i całkowita bezradność. Przejmująca skarga zranionej, kruchej istoty, dla której miłość była jedyną treścią i jedynym sensem życia. "Sztukmistrz z Lublina" I. B. Singera. Przekład Krystyna Szerer, adaptacja Michał Komar Jan Bończa-Szabłowski ?Dzięki ci Panie za ten świat"
(...) Jan Prochyra w Rampie "powołał" tzw. sezony autorskie polegające na udostępnieniu sceny teatralnej i podporządkowaniu jej, artystycznym decyzjom jednemu twórcy. Obecny sezon objął we władanie sześciokrotny realizator "Sztukmistrza..." Jan Szurmiej, który zrealizował tu "Siódme, mniej kradnij" Dario Fo i "Wielką wodę" opartą na piosenkach Agnieszki Osieckiej wg. własnego libretta i scenariusza.
Ukoronowaniem jego sezonu miał być "Sztukmistrz z Lublina", do realizacji którego Szurmiej przygotowywał się od dawna. Przez minione 18 lat, od chwili wystawienia pierwszego przedstawienia, w Szurmieju dokonało się wiele zmian. Począwszy od oczywistych: jak doświadczenie, większy dystans do siebie i do swojej pracy, bardziej wnikliwa i klarowna ocena ludzkich talentów i osobowości, poprzez głęboką wiedzę (...)
Pieśnią "Dzięki ci Panie za ten świat" rozpoczyna spektakl mistrz Marek Bałata.
Niemniejsze znaczenie mają też dekoracje, kostiumy i światło, tworzące scenerię
Kostiumy i scenografię zaprojektował duet współpracujący w wielu inscenizacjach Szurmieja - Marta Hubka i Wojciech Jankowiak. Światło komponowali bracia związani z Teatrem Rampa - Andrzej i Grzegorz Kuleszowie. Nad stroną muzyczną czuwał świetny muzyk, rozumiejący jej rolę w spektaklu teatralnym - Marcin Mazurek. Jego ojciec Mieczysław Mazurek sprawował muzyczną pieczę nad "Sztukmistrzem z Lublina" wystawionym przez Szurmieja w 1992 roku Teatrze im. Juliusza Osterwy
Trudno byłoby przecenić rolę songów Osieckiej i Koniecznego. Wraz z dramatem w równej mierze tworzą nastrój i temperaturę spektaklu, nadają mu charakter i styl. W ten nastrój niewątpliwie wpisali się aktorzy, a szczególnie wykonawcy pieśni i piosenek. Od tych śpiewanych przez Jaszę "Zobaczyć Boga przy pracy", "Marzenie o lataniu" i "Zmierz się ze mną niewidzialny", poprzez "Kołysankę Zewtel" wykonaną przez Katarzynę Żak, czy "Oczy tej małej" w wykonaniu "Kataryniarki" Doroty Osińskiej, "Szaleństwo Magdy" Agnieszki Fajlhauer, "Song Emilii" Katarzyny Kozak, albo song Halinki "Zahipnotyzuj mnie, aż do groźnie brzmiącego "Songu Bolka", który dynamicznie wykonuje Jacek Lenartowicz.
Najpiękniejszym zaś utworem jest "Kołysanka Estery". Olga Bończyk, która nie tylko wkłada w śpiew temperament i swoją szczególną wrażliwość muzyczną, ale potrafi dostroić się do atmosfery spektaklu, do charakteru roli, do nastroju - wykonuje kołysankę pieszcząc głowę Jaszy trzymaną na swoich kolanach, a pieśń leci ponad nimi jak liść opadający z drzewa. Bończyk robi to tak pięknie, że wiele serc na widowni topi się jak wosk pod płomykiem szabasowej świecy.
Jest w tym spektaklu więcej takich wzruszeń, jest wiele piękna, jest świat, którego nie znamy, ale wiemy ponad wszelką wątpliwość, że był, że kiedyś wśród nas współżyły dwie kultury religijne, że żyły obok siebie, jednocześnie przenikając się wzajemnie, świat zakorzeniony głęboko w naszych sercach.
Singer i Szurmiej są mistrzami w odczytywaniu i wywoływaniu nastroju tego świata, w docieraniu do najgłębszych pokładów wrażliwości czytelnika i widza. Ich artystyczne życie to ciągłe odkrywanie, pogłębianiu wiedzy o kulturze żydowskiej, o tamtych wartościach, o Bogu, który jest dla wszystkich tym samym Bogiem, który może tylko trochę inaczej się do każdego z nas uśmiecha. Dlatego ten spektakl jest tak urzekający i tak piękny zarówno w formie jak i w niesionych przezeń treściach. Gdyby pośród nas było więcej Szurmiejów byłoby mniej konfliktów i niezrozumień. Patrzylibyśmy na swoje otoczenie bardziej odkrywczym spojrzeniem, okiem bardziej wrażliwym, bylibyśmy bardziej otwarci na inność w świecie i na swoim podwórku. Pokazując nam świat w którym współżyją z sobą przedstawiciele wielu religii, kultur i wielu narodów, wprowadza nas Szurmiej w nową epokę zjednoczonej Europy, do której nie tylko należymy ale wnosimy wartości, o których tak mądrze i pięknie opowiada w "Sztukmistrzu z Lublina" Isaac Singer. (...)
Fragment recenzji Ryszarda Klimczaka,
SZTUKMISTRZ Z LUBLINA - MAGIA I MISTYKA
Przeniesienie na scenę prozy Isaaca Singera nie jest zadaniem łatwym. Tekst pełnej refleksji, ukrytych myśli i symboli powieści stanowi surowy sprawdzian dla reżyserskiej ręki, wymaga precyzyjnej interpretacji oraz szczególnego dookreślenia sytuacji scenicznych. Jan Szurmiej inscenizując Sztukmistrza z Lublina dokonał niecodziennej i mądrej adaptacji utworu. Niecodziennej, bo w jedno połączył teatr dramatyczny, muzyczny i cyrk, tworząc oryginalne widowisko z piękną muzyką Zygmunta Koniecznego i tekstami Agnieszki Osieckiej. Mądrej, bo mimo maksymalnego nasycenia treścią jest ona dość przejrzyście skonstruowana. Widać to już w pierwszej scenie: przed opuszczoną jeszcze kurtyną, z kłębów dymu wyłania się mężczyzna, który niczym prawdziwy mistrz sztuki cyrkowej żongluje płonącymi pochodniami i połyka ogień. Gdy kurtyna podniesie się, ukazując wnętrze synagogi, rozpali on tą samą pochodnią siedmioramienny żydowski świecznik - menorę i odsunie się, by z oddali obserwować modły. Ta scena w symbolicznym skrócie zawiera w sobie materię całego przedstawienia, od razu pokazuje dwa istniejące niejako obok siebie światy. Początkowo świat głównego bohatera, Jaszy Mazura (Robert Kowalski) jest światem magii. Jako sztukmistrz, żongler i zwinny akrobata wzbudza podziw i zdobywa miłość pięknych kobiet. Czerpie z tego wymierne korzyści, ale nie jest oszustem. Porusza się po niezwykle cienkiej linii oddzielającej dobro od zła, prawdę od kłamstwa i tylko umiejętnie wykorzystuje pewną ułomność ludzkiej natury - skłonność do ulegania złudzeniom. Stwarza pozory, wyczarowuje iluzję. W wyniku wewnętrznych przemyśleń dostrzega wtedy ułudę praktyk religijnych. Modlitwa to dla niego wyłącznie gesty i słowa. W powieści twierdzi nawet: ?[...] do czego były Bogu te kapoty, pejsy, jarmułki i szarfy. Bóg to Bóg, a te wszystkie dogmaty stworzone przez ludzi to co innego". Jest w spektaklu dziwna scena, dziejąca się najwyraźniej w różnych czasach. Jasza wchodzi do synagogi i widzi siebie sprzed kilkudziesięciu lat, w chwili gdy pierwszy raz czyta Torę. Powtarza za sobą samym dziesięcioro przykazań Starego Testamentu. I oto zdarza się niezwykła rzecz: powstaje kontrast między niepewnym, onieśmielonym głosem chłopca i silnym, zdecydowanym wypowiadaniem słów przez dojrzałego Jaszę. Za chwilę sam stanie za pulpitem, ale tylko skrzywi się. Na jego twarzy zaznaczy się duchowa nieobecność, rodzaj wyobcowania. Innym razem oddając jednemu z Żydów otwartą świętą księgę wysypie na nią w szyderczym geście wyczarowane przed chwilą z rękawa monety. Jednakże nie ma wątpliwości, że coś w nim się zmienia, że wtedy właśnie zaczyna się w nim przemiana.
Szurmiej pokazał przepiękną opowieść o wędrówce człowieka poszukującego siebie i Boga. Stworzył coś w rodzaju współczesnego moralitetu, ale posłużył się przy tym ciekawym zabiegiem: przywołał świat przeszłości, świat, który bezpowrotnie minął. Zbudował spektakl z obrazów o niezwykłej teatralnej urodzie. Wyczarowując obrazy żydowskich obyczajów oraz zapomnianego świata jarmarków, akrobatycznych i magicznych pokazów, nasycił przedstawienie tajemniczą nastrojowością. Scena przez większą część przedstawienia pogrążona jest w półmroku. Niekiedy oświetlona niebieskawym, rozproszonym światłem emanuje chłodem i trudną do uchwycenia niezwykłością. Czasem zaś rozjaśnia ją blask wniesionych świec. Surową scenografię tworzą trzy wysokie drewniane konstrukcje, których przesunięcie obrazuje zmianę miejsca akcji. Raz wyznaczają one wnętrza domów, czy synagogi, innym razem tworzą ulicę. W ten sposób różne światy się przeplatają, a ich atmosfera się zmienia. Wraz z wydarzeniami rozgrywającymi się w synagodze przedstawiona rzeczywistość gęstnieje. Sceny tracą lekkość, stają się mocne, elektryzują tajemniczością i odrębnością życia religijnego. Wyjątkową moc oddziaływania ma muzyka Koniecznego, która jest po prostu niesamowicie piękna. Budując nastrój poszczególnych obrazów podkreśla urok niepowtarzalnych tekstów nieodżałowanej Agnieszki Osieckiej. Ale jest w tym spektaklu także inny rodzaj magii - rozumianej dosłownie i w pewien sposób namacalnej, bo dziejącej się wprost na oczach widzów. Jest ona sztuką zręczności posuniętą do granic ludzkich możliwości. Widzów fascynuje niezwykła wprost sprawność aktorów, którzy niczym zawodowi cyrkowcy wykonują ćwiczenia akrobatyczne i ekwilibrystyczne lekko, jakby bez najmniejszego wysiłku. Robert Kowalski nie tylko demonstruje trudne układy na trapezie i bezbłędnie żongluje, ale przede wszystkim czaruje zręcznością prestidigitatora. I tak połyka ogień, znika z zamkniętej na klucz skrzyni, wysypuje monety z rękawa, tasuje karty niczym wprawny szuler, jednym ruchem ręki rozbiera kobiety i potrafi zmieniać kolory wody w szklankach. Największy zachwyt jednak wywołuje wprawiając swą asystentkę w stan lewitacji. Czyni to z takim mistrzostwem, że bez trudu dajemy temu wiarę. Kowalski stworzył postać ludycznego artysty podszytego romantycznym buntem, którego wyjątkowość usprawiedliwia niejako jego ?wadzenie się z Bogiem i ze światem". W tej interpretacji przejawia się fascynacja bohaterem, który odważył się szukać prawdy i stanął oko w oko z tajemnicą. Jego Jasza to oryginał przechadzający się w długiej do ziemi pelerynie i roztaczający wokół siebie aurę niesamowitości. Zawsze zmierza prosto do celu - dominujący, przenikliwy, wyższy ponad ludzkie sprawy. Odważny w działaniu i myśleniu, nie uznaje żadnych granic, chce poznać wszystko i zaznać wszystkiego. W swojej bezkompromisowości czasami jest wręcz nieludzki. Kreacja Kowalskiego urzeka bogactwem środków wyrazu. To prawda, że jego Jasza uwodzi kobiety blichtrem sztukmistrza, ale widać też kryjącą się w nim głębię i delikatność uczuć oraz pewną wobec nich bezradność. Pogodzona ze swym tragicznym losem żona Estera (Paulina Napora), pełna lekkości i wdzięku Magda (Dominika Łakomska), prowokująca Zewtel (Katarzyna Żak), dystyngowana Emilia (Katarzyna Kozak) i jej kokieteryjna córka, Halinka (Małgorzata Augustynów) - wszystkie one są w nim bez reszty zakochane, ?zaczarowane". Wszystkie cierpią i wszystkie są przez niego odtrącone. Magda za iluzję bycia z Mistrzem oddaje wszystko, co posiada - rodzinę, godność, nawet życie. Należy podkreślić, że bohater nie manipuluje ich uczuciami. Jako sztukmistrza miłość popycha Jaszę do zguby, ale jednocześnie ocala go jako człowieka. Niemałe wrażenie wywiera scena ?nawrócenia" Jaszy. Bohater dociera na skraj duchowej przepaści i wtedy dosłownie spada z belki. Żydzi w szalach podnoszą go, obmywają i odziewają w białą szatę. Jasza całuje świętą księgę, odnajdując na nowo w sobie wiarę, a potem zostaje sam, skulony nad świecą. Coraz bardziej zagłębia się w siebie, odizolowuje od świata. Jego wewnętrzny świat staje się niedostępny innym, podobnie jak przestrzeń, którą zagarnia. Spektakl kończy scena, która nawiązuje bezpośrednio do sceny pierwszej. Obie razem tworzą wyraźną ramę przedstawienia. Jasza odziany w białą szatę, z głową nakrytą modlitewnym szalem - tałesem, przesuwa się do przodu. Za nim zamyka się kurtyna i tylko wątłe światło niesionej przez niego świecy rozprasza ciemność. Po chwili Jasza zgasi ogień. Ta scena zmusza do refleksji. Ja nie mogę oprzeć się wrażeniu, że pomiędzy magią a mistyką nie ma wyraźniej granicy. Jest jedynie bardzo cienka linia. Być może w mistyce zawiera się jakaś magia, a w magii kryje się część mistyki? Ten pouczający i piękny spektakl jest na to dowodem.
Marta Płatek
|