heder_loga-new

Newsletter



syrenka_targowek

biplogo

Ósmy cud świata i zagłada 
komedia Muriel Robin i Pierre'a Palmade'a  w reż. Grzegorza Warchoła


MIŁOŚĆ NA ZAKRĘCIE

 

"Ósmy cud świata i zagłada" Pierre`a  Palmade'a  i Muriel Robin - sztuka od niedawna grana w Teatrze Rampa, biła rekordy popularności wśród widzów całej Europy i nie tylko. Nic dziwnego, bo tematem jest miłość, która - jak powszechnie wiadomo - nie zna granic. W miłosnych perypetiach Jej i Jego, swoje przeżycia mogą odnaleźć również polscy widzowie. Małżeńska para się rozwodzi; dokonuje podziału mebli, sprzętów, książek. W rozmowach jest  trochę wspomnień, refleksji, relacji z innymi ludźmi.

Czy te oczy mogą kłamać? Odpowiedź każdy musi znaleźć sam, patrząc na żywiołową Agnieszkę Fajlhauer i poważnego Wojciecha Wysockiego. Ich rozmowy są krótkie, scenografia często się zmienia. Między słowami są  ruchy, gesty, spojrzenia. Czuje się i rozpad więzi, i magię wzajemnego przyciągania. Na szczęście, nie dochodzi do zapowiadanej w tytule "zagłady"; zwycięża to, co bohaterów łączy i chęć spróbowania raz jeszcze.

Obserwując reakcje widowni na premierowym spektaklu można było stwierdzić, że do młodych  trafia taka lekka, komediowa wizja kryzysu związku małżeńskiego. Można przypuszczać, że gdyby obejrzeli ją sędziowie, prowadzący sprawy rozwodowe, to pewnie zachęciliby do odwiedzenia Rampy wszystkich, którzy składają pozwy o rozwód. Może nawet postaraliby się, aby obejrzenie "Ósmego cudu świata..." włączyć do procedury procesów rozwodowych?

Widzowie tego spektaklu mają też szansę wzbogacenia swej wiedzy o psychologicznych mechanizmach związków dwojga ludzi, dzięki obszernej, zamieszczonej w programie, analizie psychologa, psychoterapeuty Ewy Osóbka-Zielińskiej. Językiem sztuki o tych sprawach mówią: aktorzy Agnieszka Fajlhauer i Wojciech Wysocki, reżyser Grzegorz Warchoł oraz Janusz Kijański (scenografia i kostiumy) i Piotr Jagielski (choreografia).

Zofia Kochan, Nowa Gazeta Praska, 3 grudnia 2008

 

MĄŻ  I  ŻONA  PO  ROZWODZIE

W 2001 roku w paryskim Théâtre de la Porte Saint-Martin odbyła się prapremiera komedii Ils se sont aimés stworzonej przez Pierre'a Palmade'a i Muriel Robin - parę komików o wyjątkowym poczuciu humoru, których współpraca przynosi nadzwyczajne efekty (już pierwszy ich wspólny utwór uzyskał nominację do prestiżowej nagrody Moliera). W przedstawieniu wyreżyserowanym osobiście przez Robin zagrali: Mich?le Laroque i Pierre Palmade. Dzisiaj, aby zobaczyć tę komedię nie trzeba jechać do Paryża, można ją obejrzeć w Teatrze Rampa w znakomitym wykonaniu Agnieszki Fajlhauer i Wojciecha Wysockiego.
W polskiej wersji nosi ona tytuł Ósmy cud świata i zagłada, a jej reżyserem jest Grzegorz Warchoł.

 

Tym razem już nawet plakat zapowiada, że będzie na co popatrzeć. Jego wymowa jest tak sugestywna, że nie sposób przejść obok niego obojętnie. Przedstawia zgrabny, czerwony damski bucik w drapieżnej, rozdziawionej jak u krokodyla paszczy wielkiego, czarnego męskiego buta. Uwięziony, tkwi w nim jak w potrzasku, ale nie pozostaje mu dłużny - ostrym niczym sztylet obcasem przebija na wylot jego podeszwę. Ponieważ plakat teatralny jest nieodłączną częścią dzieła scenicznego i wynika zarówno z interpretacji tekstu, jak
i z przesłania przekazanego grafikowi przez reżysera, to staje się on plastyczną syntezą przedstawienia, jego kluczem. Tutaj dwa przedmioty tworzą metaforyczną konstrukcję polegającą na zadziwiającym zderzeniu i przenikaniu. W ten sposób ujawnia się ich ukryty związek. Jeżeli buty uznamy za symbol odejścia, otrzymamy parę, która mimo wszystko rozstać się nie potrafi. Każdy z tych butów jest wyposażony w niebezpieczne elementy, które łatwo mogą zranić (ostry obcas w damskim i płonąca dratwa w męskim), a ich walka prowadzi do nieuchronnej  Z A G Ł A D Y. Éric-Emmanuel Schmitt w Małych zbrodniach małżeńskich powiedział: "Kiedy widzicie kobietę i mężczyznę w urzędzie stanu cywilnego, zastanówcie się, które z nich stanie się mordercą". Zestawienie wyglądającej jak język, płonącej podeszwy i przeszywającego ją sztyletu - obcasa - mówi o zadawanym z premedytacją okrucieństwie. Na głębszym poziomie zaś świadczy o tym, że będziemy mieli do czynienia ze zgrabną komedią konwersacyjną, w której akcja rozgrywa się przede wszystkim w dialogu między partnerami.

Kobieta i mężczyzna wychodzą na scenę z przeciwległych stron. Snop światła wydobywa z ciemności ich postacie. Takie punktowe oświetlenie pełni w teatrze identyczną funkcję jak zbliżenie w filmie: wyosobnia postać, skupia uwagę na twarzy. Z początkowych wypowiedzi wynika, że para jest w sobie szaleńczo zakochana. On nazywa ją ósmym, a ona jego - dziewiątym cudem świata. Nieoczekiwanie rozdziela ich błysk piorunu i rozdzierający grzmot obwieszczając koniec ich kilkuletniego małżeńskiego związku. Rzecz zatem rozpoczyna się od miejsca, w którym kończą się zazwyczaj szczęśliwe opowieści, tj. po słowach: ?i żyli długo i szczęśliwie".

Historię tej pary poznajemy w piętnastu obrazach. Wiąże je jeden, wspólny element: konstrukcja złożona z sześcianów, które można przesunąć, obrócić, przestawić. Przypomina to układankę pasujących do siebie w każdej konfiguracji elementów. Na początku tworzą one regał, który - gdy zapada decyzja o rozwodzie - pęka, sugerując rozpad dotychczasowej, uporządkowanej egzystencji małżonków i jednocześnie podział ich majątku na zasadzie "wszystko równo na pół". Dodatkowo przestrzeń opatrzona zostaje bryłami liter, które układają się w napisy: "u nich", "u niej", "u niego", "rodzice", ?bistro". Pojawiające się w ten sposób na podłodze kolejne hasła stają się swoistą dekoracją, zwłaszcza, że litery te w pomysłowy sposób pełnią jednocześnie funkcję krzeseł i foteli.

Krótkie, zabawne scenki uatrakcyjnione są nie tylko graficznie, ale i muzycznie. Towarzyszy im powracający w przeróżnych wariacjach motyw piosenki Osieckiej i Pietrzaka Czy te oczy mogą kłamać. Wszystko to, łącznie z przyjętą w przedstawieniu koncepcją gry aktorów, kojarzy się nieodparcie z cieszącym się dużą popularnością serialem Jurka Bogajewicza, Kasia i Tomek, w którym kamera koncentruje się wyłącznie na parze bohaterów i w nienaturalny dla filmu sposób pozostaje obojętna wobec postaci dalszoplanowych.
W spektaklu pole widzenia jest również specyficznie zawężone - aktorzy zwracają się do niewidocznych na scenie postaci jakby prowadzili z nimi dialog, podczas gdy tak naprawdę mówią wprost do widowni. W przeważającej części akcja prowadzona jest kontrapunktowo. W sekwencjach połączonych montażem równoległym obserwujemy reakcje bohaterów na te same zdarzenia.

Na przykład: ukrywanie faktu rozwodu przed rodzicami, podpytywanie wspólnej gosposi, co słychać u niego (u niej) albo zazdrość o nowych partnerów. Później już wątki splatają się coraz ściślej, aż do takiego montażu w przestrzeni, gdy dwa obrazy istnieją obok siebie jak na przedzielonym na pół ekranie. Bohaterowie wynajdują coraz to nowe powody, by się kontaktować, tak jakby żadne z nich nie mogło żyć i być szczęśliwe bez drugiego. Paradoksalnie tworzą więc coraz silniejszy związek, którego nie da się rozerwać. To tak jak w piosence Krzysztofa Krawczyka i Edyty Bartosiewicz:

"Trudno tak razem być nam ze sobą
bez siebie nie jest lżej..."

Twórcy komedii wielokrotnie stosują element zaskoczenia - niektóre sytuacje rozwijają się wbrew zapowiadającym je oznakom.
W błyskotliwie i logicznie przeprowadzonej akcji można zauważyć, że nie obca jest im ?szkoła dobrej kompozycji". Swoistą sprężyną intrygi jest nieobecna fizycznie na scenie, ale bardzo istotna postać gosposi, Nataszy. Jest ona współczesnym odpowiednikiem XIX-wiecznej subretki - pokojówki i powiernicy swojej pani. Przypadkowo zostaje ona wplątana w sytuację, której do końca nie rozumie, a która w rezultacie zmienia układ między głównymi bohaterami, Małgosią i Jasiem. Ostateczne rozwiązanie problemu dokonuje się przy pomocy starego, wypróbowanego chwytu deus ex machina, czyli dzięki interwencji siły boskiej. Zabieg ten, choć ma absolutnie sztuczny charakter (i to nie jest przytyk, bo taki od stuleci ma on być!), powoduje zawsze całkowite zaskoczenie widza. Dlatego też nie powiem nic więcej, bo zdradzając cokolwiek, zniszczyłabym końcowy efekt.

Dodam jeszcze, że sztuka dobrej komedii tkwi zawsze w powadze, z jaką się ją gra. Zagrać komedię samemu się z niej śmiejąc,
to nic innego, jak ją unicestwić. Agnieszka Fajlhauer wyróżnia się łatwością subtelnego uchwycenia charakteru granej postaci.
W roli Małgosi zastosowała koncepcję ściszenia, stonowania gry. Wojciech Wysocki wybiera natomiast bardziej ekspansywne środki wyrazu. Posługuje się sugestywną, czytelną mimiką. Jednak wcale jej nie nadużywa. Te dwie role dobrze ze sobą współgrają, znakomicie się dopełniając. Aktorzy mają wspaniały kontakt, grają niejako do siebie i wzajemnie się na scenie słuchają.

O utworze scenicznym, który respektuje zasady ?szkoły dobrej kompozycji" mówi się, że jest to ?sztuka dobrze skrojona". Jeżeli zatem Paryż jest niezaprzeczalną stolicą mody, to francuska komedia Ósmy cud świata i zagłada jest w Rampie sztuką naprawdę dobrze skrojoną. Prawie jak kreacje haute couture.

Marta Płatek