
Życie to śmierć
Monika Odrobińska - Idziemy nr 10/06.03
Najlepszy, najlepsza, najlepsi w sezonie 2009/2010 (fragmenty)Najlepsze przedstawienie ... STANKIEWICZ-PODHORECKA Jaskółka wg opowiadania Żywe relikwie Iwana Turgieniewa, adapt. reż. i scenogr. Żanna Gierasimowa, Teatr Rampa w Warszawie (bardzo piękny wizualnie, znakomity artystycznie spektakl niosący ważne przesłanie);
Najlepsza adaptacja teatralna (opracowanie tekstu) ... STANKIEWICZ-PODHORECKA Żanna Gierasimowa – Jaskółka wg opowiadania Żywe relikwie Iwana Turgieniewa, Teatr Rampa w Warszawie.
Najlepsza reżyseria ...
Najlepsza rola kobieca … STANKIEWICZ-PODHORECKA Halina Łabonarska (Lulu) – Skiz Gabrieli Zapolskiej, T. Ateneum w Warszawie (Halina Łabonarska w pełni oddaje złożoność i bogactwo wewnętrzne Lulu, tworzy postać wielowymiarową, pokazuje jej rozmaite stany psychiczne i emocjonalne. Pięknie poprowadzona rola, pokazująca bogactwo warsztatu aktorskiego tej wybitnej artystki); / Brygida Turowska-Szymczak (Łukierja) – Jaskółka, Teatr Rampa w Warszawie (Łukierja Turowskiej-Szymczak łączy materię z duchowością, gdzie dwie rzeczywistości, ta stricte realna i ta z pogranicza mistycyzmu, przenikają się wzajemnie i tworzą piękną, harmonijną całość. Aktorka dyskretnie wprowadza widza w swój duchowy świat, odsłania swoje myśli, pragnienia, niepokoje).
Pismo „Teatr” (…) Bardzo piękny wizualnie, znakomity artystycznie spektakl niosący ważne przesłanie (…) (…) Łukierja Turowskiej-Szymczak łączy materię z duchowością, gdzie dwie rzeczywistości, ta stricte realna i ta z pogranicza mistycyzmu, przenikają się wzajemnie i tworzą piękną, harmonijną całość. Aktorka dyskretnie wprowadza widza w swój duchowy świat, odsłania swoje myśli, pragnienia, niepokoje (…). TEMIDA STANKIEWICZ-PODHORECKA - Pismo „Teatr”
W obrazach snu...Jeden z najwybitniejszych znawców i krytyków teatru, Jan Kott, pisał, że „w teatrze interpretacja tekstu jest odkryciem znaku”. W każdym utworze literackim oprócz czegoś tak nieuchwytnego jak jego atmosfera zawarta jest pewna struktura wizualna, którą reżyser powinien: najpierw dojrzeć i zrozumieć, a następnie wydobyć i przełożyć na język obrazów. Iwan Turgieniew uznawany jest za najlepszego, obok Aleksandra Puszkina i Antoniego Czechowa, znawcę rosyjskiej duszy. Cała jego proza jest niezwykle uduchowiona, czasami wręcz mistyczna. Taki właśnie utwór – opowiadanie Żywe relikwie wzięła na warsztat Żanna Gierasimowa. Dokonana przez nią interpretacja wynika z głębokiego, bardzo wnikliwego odczytania tekstu. „Chciałam na scenie nie tyle pokazać to opowiadanie – mówi reżyserka – ile wydobyć z niego jego ducha”. W rezultacie Jaskółka stała się właściwie napisanym przez nią, tyle że słowami Turgieniewa, nowym utworem. Z wybranych przez siebie elementów i motywów skonstruowała na scenie zadziwiający subtelnością i pięknem formy świat.
Niezwykłą rolę w spektaklu odgrywa światło. Na początku przestrzeń charakteryzowana przez mrok, wątły płomień kaganka i oczyszczającą woń kadzidła, pogrąża się stopniowo w bladoniebieskiej poświacie, jak gdyby świat znalazł się w porze przesilenia dnia i nocy. Światło dochodzi z boków i z góry. Jest rozproszone, jakby w powietrzu unosiła się mgła. Wrażenie jest tak niesamowite, że nawet gdyby na scenę nie wszedł żaden aktor i nie zostało wypowiedziane ani jedno słowo, nie ruszyłabym się z miejsca, tylko trwała w zachwycie tak długo, jak długo towarzyszyłoby mi to światło. Mgła uważana jest za symbol tajemnicy, czegoś co znajduje się na pograniczu rzeczywistości i nierzeczywistości. W wielu mitologiach wyznacza ona granicę między światami. Jest znakiem czegoś nieokreślonego, symbolem przejścia z jednego stanu do drugiego.
Twórcy spektaklu światłem wydobywają z mroku piękne malarsko obrazy. Tworzą niepowtarzalny, poetycko-liryczny nastrój. Współdziałanie światła i cienia, ich wzajemna gra stanowi tutaj potężny czynnik oddziaływania psychologicznego, kreowania atmosfery niezwykłości i mistycyzmu.
Żanna Gierasimowa to reżyserka obdarzona nieczęsto spotykaną, niebanalną wyobraźnią wizualną. Można o niej powiedzieć, że „myśli obrazem”. W napięciach, barwach i celowo wprowadzanych wieloznacznościach ujawnia sens. W jej spektaklu nie ma żadnego przypadkowego rekwizytu. Każdy jest symbolem, który wskazuje kierunek interpretacji. Ponieważ jednak znaczenie symboli nigdy nie jest ścisłe, tworzą one coraz to nowe konotacje i otwierając się, przywołują również kolejne znaczenia. I wtedy okazuje się, jak w swej symboliczności wszystkie elementy są spójne i logicznie ze sobą powiązane.
Na środku sceny stoi wóz – surowe, drewniane łoże chorej Łukierji. Oboje niezdolni są do ruchu: ona jest sparaliżowana, on ma tylko jedno koło. Motyw koła jest tutaj bardzo ważny i zostaje powtórzony w formie ustawionego z boku kołowrotka. Wydobywający się z niego dźwięk, który do złudzenia przypomina rytm ludzkiego serca, od początku będzie „prowadził” spektakl. To wyraźnie sugeruje, że mamy do czynienia z Kołem Losu. Dlatego wóz staje się tutaj nie tylko symbolem wędrówki, ale przede wszystkim – symbolem życia. I to życia pełnego trudu i męki (dyszel ma przecież kształt krzyża). Mała zielona roślinka, której odpowiednikiem jest rosnące z lewej strony drzewo i wpleciona w konstrukcję wozu drabina wskazywać mogą zarówno na żywą więź między człowiekiem a Bogiem, jak i na rozwój duchowy, na przechodzenie duszy do stanów wyższych. W ten sposób odsłania się jeszcze jedno znaczenie rekwizytu: wozem – „wielkim” (mahayana) i „małym” (hinayana) nazywana jest w sanskrycie droga zbawienia.
U Turgieniewa ciężko doświadczona przez los i odrzucona przez ludzi Łukierja jawi się nam prawie jak święta. Pogodzona z cierpieniem dziewczyna już za życia zostaje zbawiona. Gdy w spektaklu pojawia się po raz pierwszy, od razu wprowadza centralny, tytułowy symbol – jaskółkę. Jest to ptak, który ma bardzo wiele znaczeń. Najczęściej zwiastuje zmartwychwstanie i odrodzenie. Jako rekwizyt jest to przypominający odpustową zabawkę, drewniany ptaszek na patyku. Dlaczego na patyku? Bo ptaka, podobnie jak duszy ludzkiej nie da się schwytać i uwięzić, a Łukierja ma niespętaną, wolną duszę ptaka. W kreacji Brygidy Turowskiej-Szymczak jej postać zyskuje jakąś wewnętrzną świetlistość. Trudno to nazwać inaczej, bo wszystko w tej roli staje się jakby prześwietlone, lekkie, niemal bezcielesne.
Jednakże w tym spektaklu są dwie Łukierje: Jasna (opisana wyżej) i Ciemna, będąca jej lustrzanym odbiciem, jej alter ego. Ta druga przychodzi w obrazach snu jako śpiewająca dusza Jasnej. To zarazem jej opiekunka i przewodniczka, uosobienie zarówno Życia, jak i Śmierci. Ciemna Łukierja jest postacią na wskroś symboliczną, jej zasadniczą rolą jest funkcja obrzędowa. Grająca ją Roksana Vikaluk śpiewa pieśni, które zdają się dotykać rzeczywistości z całkiem innej perspektywy. Piękny, mocny głos aktorki wywołuje dziwne, tajemnicze emocje. Te pieśni zdają się być stare jak źródła życia. Przywołują ślady pogańskich obrzędów, imiona dawnych bóstw i sił słowiańskiego świata. Śpiewająca aktorka ukraińskiego pochodzenia, Roksana Vikaluk dokonała rzeczy niezwykłej. Trudno uwierzyć, że tematy wykonywanych utworów rozwinęła na podstawie zaledwie kilku zachowanych dźwięków. Można więc mówić o swoistej rekonstrukcji starosłowiańskich pieśni obrzędowych, w których słychać jeszcze – albo raczej słychać ponownie – wszelkie głosy natury z nieistniejącego już świata. Te pieśni mają niespotykaną wręcz siłę, są jak rzucanie zaklęć lub uroków. Dlatego nie zgadzam się z zarzutem, że nie zostały one przetłumaczone na współczesny język polski. Uważam, że wcale nie o to chodzi, by widz dosłownie zrozumiał każdą linijkę tekstu. On ma przede wszystkim odczuwać, a zagęszczona symbolami rzeczywistość sama być może znajdzie w nim właściwy oddźwięk.
W spektaklu przeplatają się dwa wymiary: czas rzeczywistej Łukierji i Łukierji ze snu. Kompozycja zmienia się z linearnej w cykliczną i wraz ze zmianą pór roku powracają te same motywy. Raz wyraźniej, a innym razem dyskretniej zaznacza się obecność śmierci. Wstrząsająca jest zwłaszcza ostatnia scena, która tak naprawdę jest obrzędem przejścia. Czas zostaje w niej jakby zatrzymany i otwiera się inny wymiar. Jasna Łukierja szykuje się do drogi: wkłada kubrak, na głowie wiąże chustę, bierze do ręki kij i wiesza na nim tobołek. Po raz ostatni ogląda się za siebie i wtedy jej ramienia dotyka ubrana w żałobną szatę Ciemna Łukierja. Zabiera z jej pleców kij, zdejmuje kubrak, rozwiązuje chustę, a w zamian nakłada złoty kokosznik z welonem, a do tego białą suknię, której rękawy przypominają skrzydła. Przez chwilę stoją zwrócone do siebie plecami, tworząc jedno czarno-białe skrzydło. Potem ta Jasna, niczym na symbolicznym obrazie Michaiła Wrubla zastygnie w pozie carewny-łabędzicy. Wówczas ta druga, Ciemna Łukieja po raz ostatni wprawi w ruch kołowrotek i odsunie się w mrok. Gdy koło nabierze rozpędu, niespodziewanie zatrzyma je.
Jest to przedstawienie niezwykle malarskie, w którym obrazy dookreślane są przez niepowtarzalne pieśni. Razem z nimi tworzą jedną spójną całość, w której biel i czerń, statyczność i ruch, radość i smutek, życie i śmierć wzajemnie się uzupełniają i przenikają. Stwarza to wyjątkowy klimat tak, że nawet po zakończeniu spektaklu coś jeszcze wibruje. Jakaś siła nie pozwala odejść. Jaskółka Żanny Gierasimowej przynosi katharsis. Marta Płatek Pełnia człowieczeństwaPierwszych kilka minut spektaklu wywołało we mnie bunt przed przaśnym klimatem i melodyką dziewiętnastowiecznej mowy zaczerpniętej z Turgieniewa. Jednak, kiedy moja percepcja jakby przyzwyczaiła się do tego, jakże niepopularnego wśród młodych twórców teatralnych, sposobu komunikacji z widzem, zauroczona czystościa głosu aktorek i pięknem widowiska, zaczęłam dostrzegać wartość „Jaskółki“.
Oszczędnymi słowami trafia prosto w serce, pozwalając na współuczestniczenie w misterium odgrywającym się na scenie. Misterium piękna i brzydoty, lekkości pląsów i ciężkości sparaliżowanych kończyn, pachnącej natury i stęchlizny starej chatki, melodyczności śpiewu i ochrypłości zmęczonego głosu, jawy i snu, a wszystko spięte jednym motywem jaskółki, która odwiedza Łukierię. W opowiadaniu Turgieniewa „Żywe relikwie“, jaskółka pojawia się tylko przez moment. W adaptacji przylatuje do Łukierji kilkukrotnie i trudno nam jest stwierdzić, czy dzieje się to na jawie czy w wyobraźni głównej bohaterki. Dzieje się tak dlatego, że poetyckość przedstawienia nie maluje wyraźnych granic między tymi dwiema rzeczywistościami. Żanna Gierasimowa, nadając swemu przedstawieniu tutuł „Jaskółka“, podnosi jaskółkę do rangi symbolicznej. A symbolika jaskółki jest bardzo wymowna, równie dychotomiczna jak samo przedstawienie. Szczęście rodzinne i zawód miłosny, wolność i poddanie się woli Bożej, swawola pomieszana z niepokojem. Łukieria ma to wszystko w sobie. Jest też jaskółka symbolem nadziei, bo choćby u Szekspira w dramacie Ryszard III możemy przeczytać: „Słuszna nadzieja wzlata na skrzydłach jaskółczych, czyniąc z królów bogów, a z prostaczków – królów”. Łukierja dzięki swej nadziei i sile charakteru pokazuje swą wielkość.
Wielkość jakże ludzką i ujmującą, gdzie radość miesza się ze smutkiem, a ból i brak snu paradoksalnie pozwalają bohaterce stać się w pełni człowiekiem. Łukieria, w pewnym momencie spektaklu, zwraca się do widza z pytaniem, czy czuje się w pełni człowiekiem… Pytanie pozostaje bez odpowiedzi. Ot rzucona jakby tak sobie, bez oczekiwania na odpowiedź, ale zmuszające widzów do zastanowienia się. Może nie od razu, nie tu i teraz, później, ale zapada w pamięć. Łukieria zna pełnię człowieczeństwa, spędziła ze sobą w samotności wiele długich lat. Nie może się niczym zająć, gdyż jest sparaliżowana, więc żyje dla samego życia, dzięki czemu czuje je w sposób najpełniejszy. Prowokuje widza do przemyśleń nad własnym życiem we współczesnym świecie, pełnym dóbr, pogoni za zabawą, która często bywa zwykłą ucieczką przed życiem prawdziwym. To pytanie, jak wiele innych, które pojawiają się dzięki obserwacji dramatu głównej bohaterki, dźwięczą w głowie długo po zakończeniu spektaklu.
Nie można przejść obojętnie obok dramatu bohaterki tak precyzyjnie wyrysowanemu przez obie aktorki Brygidę Turowską-Szymczak i Roksanę Vikaluk (radosne i pląsające alter ego Łukierii). Turowska-Szymczak mistrzowsko przechodzi ze smutku w nieokiełznaną radość, gestami i intonacją głosu maluje postać Łukierii uwięzionej przez chorobę na łożu. Rysuje postać niepełnosprawnej bohaterki, chwytając widza za serce i prowokując go do głębszej zadumy nad człowieczeństwem. Jej czysty i mocny głos, którym wyśpiewuje starosłowiańskie pieśni, przenoszą widza do wsi i jej starej chałupy. Wspierana przez Vikaluk, z równie urzekającym głosem i zwiewnością tańca, wyczarowuje atmosferę wsi sprzed ponad stu lat. Obie aktorki używają gestu, ruchu i intonacji głosu, by zbudować swoje bohaterki dokładnie tak, jak powinny wyglądać, by przekonać do siebie widza. Oczarowuje nas jeszcze jeden „aktor“ tego przedstawienia: światło. Andrzej Kulesza wyczarował coś rzadko spotykanego we współczesnym teatrze. Wysublimowane, łagodne światło, czasem bardzo szczególnie oświetlające jeden element scenografii, tylko po to, by podkreślić jego znaczenie, dopowiedzieć to, co nie zostało ujęte słowami. Tworzy wyrafinowaną poetyckość przedstawienia, zabierając nas w podróż nie tylko do wsi rosyjskiej, ale także do głębi ludzkiej psychiki. Podkreśla metafory, magicznie otacza każdą scenę spektaklu, by w minimalnej scenografii mogło odbyć się wspomniane misterium.
Adaptacja Gierasimowej jest równie minimalistyczna, co scenografia. Nie ma w niej niepotrzebnych słów, nie ma niepotrzebnych gestów, każdy element spektaklu jest precyzyjnie przycięty i wpleciony w jego kanwę. Światło, muzyka, gra aktorska czy scenografia są w tym przedstawieniu właśnie takie, dlatego że powinny w nim takie być, po to by został nawiązany kontakt z widzem, by widz mógł wyjść z niego sprowokowany do głębszej zadumy. Pewna reżyseria bez jakiegokolwiek epatowania własnym ego pozwoliła stworzyć Gierasimowej spektakl jedyny w swoim rodzaju, który zachwyca mądrością zarówno starszych odbiorców, jak i tych młodych. Anna Kędziorek, AICT/IATC
Jaskółcze pejzaże wewnętrzneJuż dość dawno nie spowijały mnie w teatrze opary, mgły czy dymy. Zwłaszcza takie, które reżyser (Żanna Gierasimowa) wprowadza w określonym celu, które tłumaczą się teatralnie, które coś znaczą. Są sygnałem klimatu przedstawienia, ale i obrazem mgieł nad stepami, symbolem tajemnic i czarów z młyńskiego koła sienkiewiczowskiej Horpyny, ale i metaforą drzemiących w każdym z nas snów, marzeń, pragnień, ducha. W tym przedstawieniu wszystko tłumaczy się teatralnie, czego też dawno już w teatrze nie doświadczyłam. Nie przypuszczałam też, że zachwyci mnie w teatrze Turgieniew rozpisany na dwie aktorki.
Tak więc zaczęło się wszystko w dymach i oparach. Spektakl na podstawie opowiadania Iwana Turgieniewa „Żywe relikwie” w adaptacji, tłumaczeniu, reżyserii i scenografii Żanny Gierasimowej, jest, zgodnie z tytułem tegoż opowiadania, także ożywieniem pewnych relikwii. Na scenie jawi się świat nasycony poezją, symboliką, muzyką, śpiewem, obrazami. Świat niby odległy, bo sięgający do pieśni starosłowiańskich i symboli starosłowiańskich, świat wywiedziony z Turgieniewa, ale żywy i prawdziwy, przejmujący, pełen mistyki, świat charyzmatyczny, naznaczony piętnem Słowiańszczyzny i tym, co się potocznie określa jako „ducha rosyjskości”, ale i „duszą słowiańską”. Przed nami ożywają XIX wieczne obrazy rosyjskich malarzy, brzmią pieśni w języku starosłowiańskim, odżywają elementy pogańskich i chrześcijańskich obrządków. To wszystko wpisuje nas w krąg wspólnoty, sięga do korzeni, o których przecież wiemy, ale nie doświadczamy tego w życiu codziennym. I nagle Żanna Gierasimowa sprawiła, że to dawne, pradawne w nas ożyło, rozbrzmiało echami spraw zapomnianych, ale ogólnie nam znanych z literatury, sztuki, historii wreszcie, że obudził się w nas Człowiek. Rozbrzmiało to wszystko w sposób czysty i piękny, a przede wszystkim prawdziwy. Naturalny. Bez patosu, bez krzykliwości, bez nachalności i plakatowych haseł, płytkiego gadulstwa. Magia teatru. Oczarowanie czymś dziś rzadko w teatrze naszym spotykanym. Reżyseria czysta, klarowna, spektakl prowadzony pewną ręką, konsekwentny w konstrukcji, logiczny. Nie ma w nim miejsc pustych, zakamuflowanych jakimś gadżetem czy ruchem, przystrojonych ozdobnikami scenek, których nie tłumaczy nic poza „inwencją” reżysera. Nie ma pseudokreacji reżysera. Jest w nim wiele piękna, poezji, liryzmu, ale i ludzkiego cierpienia, ludzkiego bólu, scen zachwycających swą malarskością i kompozycją. Scenografia, muzyka, gra aktorska tworzące spójną całość, jednorodne w swym wyrazie i stylistyce, dopełniające się wzajemnie. Prostota środków, z których artystki kreują świat przebogaty w swych nastrojach, metaforach, refleksjach. Może to teatr niemodny, nie trendy i nie cool, ale magiczny, piękny, wysublimowany w swym artystycznym wyrazie i mądry.
Dwie aktorki, ale postać jedna: Łukierja. Poszkodowana przez los (w wypadku), odrzucona przez ludzi, żyjąca w swoim świecie bogatym duchowo, choć samotnym i biednym. Wolna, wzlatująca jak jaskółka ku niebu, lekko przeskakująca z marzeń i wyobraźni do życia realnego wypełnionego bólem, cierpieniem, niemocą. Niegdyś najpiękniejsza dziewczyna we wsi, szczęśliwa narzeczona, dziś sparaliżowana na skutek upadku żyje w szopie jakiejś, z dala od ludzi. Od czasu do czasu jakaś litościwa dusza podrzuca jedzenie, jakiś koc. Tyle. Tylko jaskółka, która tam właśnie uwiła sobie gniazdo, jest przy niej. I wspomnienia, które już nie bolą, którymi karmi się jej wyobraźnia, i każda chwila życia, która choć trudna, to jest pełna piękna i swobody. Brygida Turowska-Szymczak stworzyła postać żywą, pełną barw przeróżnych, bogatą wewnętrznie, wolną. Nic jej na tej ziemi nie trzyma poza sparaliżowanym ciałem. Jej umysł jest lekki, szybuje swobodnie po różnorodnych rejonach życia i poezji. Gra postać dwoistą jakby, bo tę niechodzącą dziewczynę i tę pląsającą swobodnie, którą sobie wyobraża. I którą wspomina. Była nie tylko „najpiękniejszą dziewczyną we wsi”, ale i śmieszką, radosną, szczęśliwą. Kochała i była kochana. Nagle ten świat zniknął. Narzeczony ożenił się z inną, zdrową, rodzina ją opuściła, ludzie ze wsi o niej zapomnieli. Aktorka nanizując na swą postać to, co z tekstu Turgieniewa, obserwacji z życia i swojej wrażliwości stworzyła na scenie postać przejmującą. Chwilami nazbyt rozchichotaną (zwłaszcza to zaczyna drażnić w pewnym momencie na początku spektaklu). Nawet w tym chwilami irytującym chichocie nie brzmi fałszywa nuta. Oszczędna w geście i ruchu, z dobrze postawionym głosem i piękną dykcją nie wzbudza współczucia ani tym bardziej litości. Po prostu jest taka, jaka jest. Wśród nas. Przetrącona prze życie, ale nadal piękna, mądra, wrażliwa. Trochę oddalająca się, bo niebawem wśród aniołów się znajdzie. Jej choroba to nie przekleństwo czy kara za grzechy. Ot, stało się. Jak to w życiu. Aktorka bardzo ładnie „wydobywa” cieleśnie z siebie tę drugą, bujającą w obłokach, roztańczoną, lekką jak puch, poruszającą się z wdziękiem i gracją Łukierję. Dwie rzeczywistości: realna i duchowa, obie przeniknięte dozą mistycyzmu. Ta realna, bo znikająca, przybliżająca się do nieuchronnej śmierci, ta duchowa zanurzona w marzeniach, wyobrażeniach „głosach wewnętrznych”. Aktorka z maestrią posługuje się głosem, modulując go adekwatnie do frazy, do wypowiadanych słów, pauzą, mimiką, gestem, modelując nastrój i jego odcienie. Nadrzędne jest słowo, pięknie wyartykułowane i to, co w nim, a także poza nim i pomiędzy. Feeria znaczeń rozsiewana wokół, podpowiadana widzowi w sposób nienachalny i niejednoznaczny, tak, by i sam mógł się w to włączyć ze swoją wyobraźnią i refleksją. Widownia siedzi raczej wsłuchana niż zasłuchana, zagarnięta przez to, co na scenie, ale nie bierna. Jej wsłuchanie w rytm przedstawienia, w jego poezję i pieśń dochodzi do aktorek wznosząc te wzajemne współbrzmienia i wibracje wyżej, wynosząc je poza teatr, bo ten spektakl pozostaje w myśli, sercu, duszy.
Ta druga, ta, która żyje tylko w tej pierwszej, z którą są jak lustrzane odbicia, to już sama swoboda i wolność, to szybowanie w przestworzach jak jaskółka. To życie już innym, bardzo wewnętrznym życiem. Gra ją Roksana Vikaluk – dzieło sztuki samo w sobie. O pięknym, czystym głosie, zwiewna jak sylfida, wręcz zjawiskowa, aczkolwiek epatująca także swą fizycznością, kobiecością. Na kształt, nie demiurga, ale koryfeusza chórów śpiewających w duszy Łukierji wzlatuje wysoko w niebo, wznosi się coraz wyżej, by wkrótce zatańczyć wśród aniołów niebieskich? To ona jest ta prawdziwa Łukierja. Jej śpiewy i pląsy wznoszą ją ku Bogu? Madonnie – matce? Jest piękna Pieta trzymająca Łukierję na kolanach? Roksana Vikaluk śpiewa głosem czystym, jasnym, o miękkim, ciepłym brzmieniu i dużej skali. Żongluje z ogromną swobodą dźwiękiem i słowem, migotliwością nastrojów, ruchem, przekracza granice. Doskonale ze spektaklem, jego nastrojem i refleksją zestrojona. Łukierja i ta druga, nienazwana żadnym imieniem, są jak lustrzane odbicia, ale jednocześnie są od siebie odmienne. Łukierja sparaliżowana, leżąca na wozie, wypatrująca jaskółki, która ją odwiedza, marząca i myśląca, to Łukierja cielesna. Tylko czasem się wsłuchuje w siebie, dopuszcza do głosu tę wewnętrzną, ale jeszcze wstrzymywaną przez fizyczność schorowanego ciała. Śpiewająca rosyjskie dumki i czastuszki (co doskonale współgra z klimatem przedstawienia) druga Łukierja to już sama wolność i kreatywność.
Znakomicie skomponowane plastycznie i przestrzennie są sceny, w których obie Łukierje są wzajemnym lustrzanym odbiciem. Świetny teatralnie pomysł. Obie znowu jakby się przenikają, ale i są osobne, też same i nie też same. Zagadkowe, tajemnicze, człowiecze. Znakomicie skomponowane plastycznie i przestrzennie są sceny, w których obie Łukierje są wzajemnym lustrzanym odbiciem. Świetny teatralnie pomysł. Obie znowu jakby się przenikają, ale i są osobne, też same i nie też same. Zagadkowe, tajemnicze, człowiecze. Spektakl jest pretekstem do rozmowy o człowieczym losie, człowieczej kondycji, człowieczym przemijaniu. I „człowieczeństwie” jako takim. Mądrym ku takim rozważaniom, przemyśleniom impulsem. Każdy tęskni, każdy marzy, każdy potrzebuje koło siebie piękna. Świadczą przecież o tym nie tylko gromadzone w muzeach dzieła sztuki, historia muzyki czy teatru, ale i zwykły człowieczy los. Już praczłowiek pozostawił po sobie naskalne rysunki, już i on tańczył i śpiewał z potrzeby duszy, umysłu i serca. Na żyznej glebie narodu, gdzie rosną pokrzywy, łopiany i osty i tak wrażliwa na piękno istota, jak Łukierja, zakwitnie, zabrzmi, wybrzmi. „Szczęście nie ma jutra, nie ma ono też wczoraj, nie pamięta przeszłości, nie żywi się przyszłością, w nim jest tylko teraz, i to nie dzień nawet, a chwila tylko” W chaosie codziennych zdarzeń i wydarzeń, hałaśliwym bełkocie mediów, podniecaniu się sensacjami, a raczej sensacyjkami i plotkami, preparowanej wokół nierzeczywistej rzeczywistości, warto o tym pamiętać. Żanna Gierasimowa, Brygida Turowska-Szymczak, Roksana Vikaluk oraz realizatorzy przedstawienia stworzyli teatr mądry, głęboko ludzki, prawdziwy. Także teatr naszej tęsknoty. Za ludzką twarzą otaczającego nas świata, za wonnymi kwiatami na ziemi pełnej chwastów, pokrzyw, ostów i perzu. One są. W nas. Wystarczy w sobie chcieć dostrzec jaskółkę. Zachwyca też mistrzowskie wręcz opanowanie warsztatu aktorskiego i reżyserskiego. Poziom, gdzie już mówi się o kreacji. Niezwykle dziś rzadkie zjawisko. Justyna Hofman-Wiśniewska (Sekcja polska Międzynarodowego Stowarzyszenia Krytyków Teatralnych)
Szczęście jak iskierkaScenariusz nawiązuje do melancholijnego opowiadania iwana Turgieniewa. Bohaterka, którą wypadek wykluczył poza społeczność wsi, wegetuje samotnie, ale w tym zredukowanym trwaniu odnajduje piękno każdej mijającej chwili, szczęście jak iskierka,. Pomagają jej w tym wspomnienia i pojawiające się widmo jej alter ego – roztańczonej, rozśpiewanej, radosnej wróżki-anioła. Trwając na granicy egzystencji z wolna upodobnia się do cierpiącej Madonny. Spektakl niesie muzyka, pieśni z czułością i talentem wyśpiewane przez Roksanę Vikaluk, delikatność Brygidy Turowskiej w roli wiejskiej kaleki, podkreślane pomysłową scenografią, opartą na bardzo skromnych możliwościach Małej Sceny Rampy. Ale i w takich warunkach Żanna Gierasimowa potrafi wyczarować zmienne nastroje, sugerowane piękno ludowego stroju, a nawet groźną burzę. Nastrojowy, bardzo słowiański, z przymieszką goryczy, ale krzepiący spektakl o zwycięskiej sile życia. Tomasz Miłkowski (Sekcja polska Międzynarodowego Stowarzyszenia Krytyków Teatralnych) Radość z cierpienia wyprowadzonaJaskółka w reż. Żanny Gierasimowej w Teatrze Rampa w Warszawie. W poszukiwaniu stosownego przedstawienia na czas okołobożonarodzeniowy można stracić wzrok. Nie z nadmiaru propozycji, lecz z powodu ich braku i związanego z tym trudu poszukiwań. Dość spojrzeć na repertuar teatrów warszawskich, a więc stolicy kraju, którego Naród w 90 procentach deklaruje się jako katolicy. Co myśleć o takiej sytuacji? To tak, jakby teatry należały już do innej strefy kulturowej, narodowej czy wręcz innego państwa. Premiery, które w ostatnim czasie odbyły się w Warszawie, nie tylko nie nawiązują do okresu Świąt Bożego Narodzenia, ale nierzadko są – najdelikatniej mówiąc – wysoce niestosowne. Zwłaszcza w tym czasie. I tak jest co roku. Z tych spektakli, które ostatnio obejrzałam, jedynie „Jaskółka” w Teatrze Rampa wymową, pogłębioną refleksją psychologiczną i klimatem duchowości zdaje się najbardziej zbliżoną propozycją na ten okołobożonarodzeniowy czas. Choć też nie bez pewnych uwag. „Jaskółka” to sztuka oparta na opowiadaniu Iwana Turgieniewa „Żywe relikwie” zawarte w tomie opowiadań „Zapiski myśliwego” z 1851 roku. W warstwie fabularnej jest to opowieść o Łukierii, niegdyś pięknej dziewczynie wiejskiej, która wskutek wypadku została sparaliżowana, a następnie odrzucona przez rodzinę i tamtejszą społeczność. Porzucił ją także narzeczony, ożenił się z inną, zdrową i piękną dziewczyną. Od siedmiu lat miejscem zamieszkania Łukierii jest stajnia czy raczej szopa, gdzie w samotności dopełni ona swoich dni. Towarzyszyć jej będzie tylko jaskółka, która właśnie w szopie uwiła sobie gniazdko. Tytułowa jaskółka jest tu metaforycznym odniesieniem do bohaterki tej opowieści. Bo Łukieria mimo spętanego paraliżem ciała i mimo odrzucenia przez ludzi jest wolna duchem. I niczym ptak może szybować w myślach po wielkich przestrzeniach, gdzie jej dusza syci się radością życia. Bo – jak rozmyśla Łukieria – „Bóg zesłał na mnie krzyż, to znaczy, że mnie kocha. To lepiej, że jestem kaleką, bo odszedł ode mnie grzech”. No tak, ale przecież i myślą można zgrzeszyć. Dziewczyna stara się więc nie poddawać natrętnym rozmyślaniom, a w chorobie nie widzi przekleństwa, lecz pewną łaskę, która wprowadzi ją na drogę wiodącą do innego życia, tego pełnego, wiecznego. Przedstawienie ma charakter monodramu połączonego z warstwą wokalno-muzyczną utrzymaną w klimacie starosłowiańskich i staroruskich przyśpiewek, dumek i czastuszek. Wolałabym jednak usłyszeć je przetłumaczone na język polski, przynajmniej w części. Przedstawienie jest opowieścią wprawdzie o jednej kobiecie, Łukierii, ale w spektaklu widzimy dwie wykonawczynie: Brygidę Turowską-Szymczak oraz Roksanę Vikaluk. Brygida Turowska-Szymczak gra Łukierię przykutą do łóżka, jej marzenia zaś, wspomnienia z dawniejszego życia przywoływane są przez postać będącą jak gdyby personifikacją duszy Łukierii. W tej roli występuje Roksana Vikaluk i to ona prezentuje tu stronę wokalną. Ma imponującą barwę głosu i w ciekawy sposób interpretuje pieśni.
To przedstawienie jest na pewno godne uwagi, wymaga od widza wyciszenia, zatrzymania się w codziennym biegu i zastanowienia się, dokąd ten bieg prowadzi i co jest w życiu najważniejsze. Temida Stankiewicz-Podhorecka, Nasz Dziennik nr 300 / 23-12-2009
Tancerka wolna jak ptakPełen poezji, muzyki i malarstwa spektakl rozgrywa się na granicy świata rzeczywistego oraz krainy marzeń, w której człowiek może być całkowicie wolny. Julia Rzemek, Życie Warszawy
Czy „Jaskółka” zaskoczyła Jaskółkę?Kiedyś, gdy chciałam zobaczyć jaskółkę, musiałam wyjrzeć za okno lub spojrzeć w lustro. Dzisiaj wiem, że to nie wystarczy. Wiem też, że nie wystarczy spojrzeć raz.
Jedna jaskółka wiosny nie czyni?Wszyscy nie mogą się doczekać wiosny, ale nie możemy z tego powodu ograniczać roli jaskółki wyłącznie do sprowadzania tak wytęsknionej pory roku. Ten ptak z czarnymi skrzydełkami, często wijący swoje gniazda przy ludzkich posiadłościach, jest również symbolem swobody, oderwania się od ziemskich spraw i poszybowania hen w przestrzeń. Taką jaskółką stała się Łukieria – bohaterka spektaklu pod tytułem Jaskółka. Dziewczyna, po nieszczęśliwym wypadku, straciła władanie nad nogami oraz jedną ręką i żyje kolejny – dokładnie siódmy – rok przykuta do łóżka. Nawet nie do łóżka, a do przykrytego sianem wozu, postawionego w rozpadającej się szopie. Łukierii nie poznajemy bowiem we współczesnych czasach. Ta sztuka w wykonaniu Brygidy Turowskiej-Szymczak przenosi widzów do świata XIX-wiecznego ludowego opowiadania Iwana Turgieniewa zatytułowanego Żywe relikwie. Nie jest to jednak zrobione metodą „poinformowania widza”, która polega na tym, że słucha on o wydarzeniach ze wsi na wschodzie i ma to po prostu przyjąć do wiadomości. O nie. Żanna Gierasimowa wyreżyserowała ten spektakl w taki sposób, że widz się odpręża i wręcz zanurza w mistycznym świecie Łukierii, gdzie świat materialny i duchowy się przenikają. I to wszystko dzięki Roksanie Vikaluk i jej roli jako wolnego ducha Łukierii. Starosłowiańskie pieśni w jej wykonaniu niemalże rzuciły mnie na kolana. Trudno się przyznać, ale wbrew zapewnieniom Teatru, nie były one dla mnie zrozumiałe. Zapewne wynika to z mojej znikomej znajomości języków wschodniosłowiańskich. Jednakże wcale nie przeszkodziło mi to w delektowaniu się i podziwianiu niesamowitego kunsztu aktorki. Nie była to jedyna rzecz, która mnie pozytywnie zaskoczyła. Przez cały spektakl przewijały się elementy chrześcijańskich i pogańskich obrządków, czy nawet odniesienia do XIX-wiecznych obrazów. Bohaterki niesamowicie płynnie potrafiły przejść od przedstawienia obrządku... do zaprezentowania piety. Wyłapanie tych wszystkich elementów stanowiło spore wyzwanie dla widza, gdyż wymagało wiedzy na ten temat.
Ewa Góźdź, „Magiel. Niezależny Miesięcznik Studentów Szkoły Głównej Handlowej” (nr 115)
Ruś w RampieGarść autentycznych wzruszeń spotyka widzów przedstawienia Jaskółka w warszawskiej Rampie. Sam pomysł inscenizacji opowiadania Iwana Turgieniewa Żywe relikwie o dotkniętej przez los dziewczynie okazał się genialny, bo do monodramu w wykonaniu Brygidy Turowskiej-Szymczak dołączono pełne rosyjskiego kolorytu ludowe dumki i czastuszki w wykonaniu Roksany Vikaluk. Bronisław Tumiłowicz, Przegląd nr 50/20.12.
|