Newsletter




Jaskółcze pejzaże wewnętrzne
Już dość dawno nie spowijały mnie w teatrze opary, mgły czy dymy. Zwłaszcza takie, które reżyser (Żanna Gierasimowa) wprowadza w określonym celu, które tłumaczą się teatralnie, które coś znaczą. Są sygnałem klimatu przedstawienia, ale i obrazem mgieł nad stepami, symbolem tajemnic i czarów z młyńskiego koła sienkiewiczowskiej Horpyny, ale i metaforą drzemiących w każdym z nas snów, marzeń, pragnień, ducha. W tym przedstawieniu wszystko tłumaczy się teatralnie, czego też dawno już w teatrze nie doświadczyłam. Nie przypuszczałam też, że zachwyci mnie w teatrze Turgieniew rozpisany na dwie aktorki.
Tak więc zaczęło się wszystko w dymach i oparach. Spektakl na podstawie opowiadania Iwana Turgieniewa ?Żywe relikwie? w adaptacji, tłumaczeniu, reżyserii i scenografii Żanny Gierasimowej, jest, zgodnie z tytułem tegoż opowiadania, także ożywieniem pewnych relikwii. Na scenie jawi się świat nasycony poezją, symboliką, muzyką, śpiewem, obrazami. Świat niby odległy, bo sięgający do pieśni starosłowiańskich i symboli starosłowiańskich, świat wywiedziony z Turgieniewa, ale żywy i prawdziwy, przejmujący, pełen mistyki, świat charyzmatyczny, naznaczony piętnem Słowiańszczyzny i tym, co się potocznie określa jako ?ducha rosyjskości?, ale i ?duszą słowiańską?. Przed nami ożywają XIX wieczne obrazy rosyjskich malarzy, brzmią pieśni w języku starosłowiańskim, odżywają elementy pogańskich i chrześcijańskich obrządków. To wszystko wpisuje nas w krąg wspólnoty, sięga do korzeni, o których przecież wiemy, ale nie doświadczamy tego w życiu codziennym. I nagle Żanna Gierasimowa sprawiła, że to dawne, pradawne w nas ożyło, rozbrzmiało echami spraw zapomnianych, ale ogólnie nam znanych z literatury, sztuki, historii wreszcie, że obudził się w nas Człowiek. Rozbrzmiało to wszystko w sposób czysty i piękny, a przede wszystkim prawdziwy. Naturalny. Bez patosu, bez krzykliwości, bez nachalności i plakatowych haseł, płytkiego gadulstwa. Magia teatru. Oczarowanie czymś dziś rzadko w teatrze naszym spotykanym. Reżyseria czysta, klarowna, spektakl prowadzony pewną ręką, konsekwentny w konstrukcji, logiczny. Nie ma w nim miejsc pustych, zakamuflowanych jakimś gadżetem czy ruchem, przystrojonych ozdobnikami scenek, których nie tłumaczy nic poza ?inwencją? reżysera. Nie ma pseudokreacji reżysera. Jest w nim wiele piękna, poezji, liryzmu, ale i ludzkiego cierpienia, ludzkiego bólu, scen zachwycających swą malarskością i kompozycją. Scenografia, muzyka, gra aktorska tworzące spójną całość, jednorodne w swym wyrazie i stylistyce, dopełniające się wzajemnie. Prostota środków, z których artystki kreują świat przebogaty w swych nastrojach, metaforach, refleksjach. Może to teatr niemodny, nie trendy i nie cool, ale magiczny, piękny, wysublimowany w swym artystycznym wyrazie i mądry.
Dwie aktorki, ale postać jedna: Łukierja. Poszkodowana przez los (w wypadku), odrzucona przez ludzi, żyjąca w swoim świecie bogatym duchowo, choć samotnym i biednym. Wolna, wzlatująca jak jaskółka ku niebu, lekko przeskakująca z marzeń i wyobraźni do życia realnego wypełnionego bólem, cierpieniem, niemocą. Niegdyś najpiękniejsza dziewczyna we wsi, szczęśliwa narzeczona, dziś sparaliżowana na skutek upadku żyje w szopie jakiejś, z dala od ludzi. Od czasu do czasu jakaś litościwa dusza podrzuca jedzenie, jakiś koc. Tyle. Tylko jaskółka, która tam właśnie uwiła sobie gniazdo, jest przy niej. I wspomnienia, które już nie bolą, którymi karmi się jej wyobraźnia, i każda chwila życia, która choć trudna, to jest pełna piękna i swobody. Brygida Turowska-Szymczak stworzyła postać żywą, pełną barw przeróżnych, bogatą wewnętrznie, wolną. Nic jej na tej ziemi nie trzyma poza sparaliżowanym ciałem. Jej umysł jest lekki, szybuje swobodnie po różnorodnych rejonach życia i poezji. Gra postać dwoistą jakby, bo tę niechodzącą dziewczynę i tę pląsającą swobodnie, którą sobie wyobraża. I którą wspomina. Była nie tylko ?najpiękniejszą dziewczyną we wsi?, ale i śmieszką, radosną, szczęśliwą. Kochała i była kochana. Nagle ten świat zniknął. Narzeczony ożenił się z inną, zdrową, rodzina ją opuściła, ludzie ze wsi o niej zapomnieli. Aktorka nanizując na swą postać to, co z tekstu Turgieniewa, obserwacji z życia i swojej wrażliwości stworzyła na scenie postać przejmującą. Chwilami nazbyt rozchichotaną (zwłaszcza to zaczyna drażnić w pewnym momencie na początku spektaklu). Nawet w tym chwilami irytującym chichocie nie brzmi fałszywa nuta. Oszczędna w geście i ruchu, z dobrze postawionym głosem i piękną dykcją nie wzbudza współczucia ani tym bardziej litości. Po prostu jest taka, jaka jest. Wśród nas. Przetrącona prze życie, ale nadal piękna, mądra, wrażliwa. Trochę oddalająca się, bo niebawem wśród aniołów się znajdzie. Jej choroba to nie przekleństwa czy kara za grzechy. Ot, stało się. Jak to w życiu. Aktorka bardzo ładnie ?wydobywa? cieleśnie z siebie tę drugą, bujającą w obłokach, roztańczoną, lekką jak puch, poruszającą się z wdziękiem i gracją Łukierję. Dwie rzeczywistości: realna i duchowa, obie przeniknięte dozą mistycyzmu. Ta realna, bo znikająca, przybliżająca się do nieuchronnej śmierci, ta duchowa zanurzona w marzeniach, wyobrażeniach ?głosach wewnętrznych?. Aktorka z maestrią posługuje się głosem, modulując go adekwatnie do frazy, do wypowiadanych słów, pauzą, mimiką, gestem, modelując nastrój i jego odcienie. Nadrzędne jest słowo, pięknie wyartykułowane i to, co w nim, a także poza nim i pomiędzy. Feeria znaczeń rozsiewana wokół, podpowiadana widzowi w sposób nienachalny i niejednoznaczny, tak, by i sam mógł się w to włączyć ze swoją wyobraźnią i refleksją. Widownia siedzi raczej wsłuchana niż zasłuchana, zagarnięta przez to, co na scenie, ale nie bierna. Jej wsłuchanie w rytm przedstawienia, w jego poezję i pieśń dochodzi do aktorek wznosząc te wzajemne współbrzmienia i wibracje wyżej, wynosząc je poza teatr, bo ten spektakl pozostaje w myśli, sercu, duszy.
Ta druga, ta, która żyje tylko w tej pierwszej, z którą są jak lustrzane odbicia, to już sama swoboda i wolność, to szybowanie w przestworzach jak jaskółka. To życie już innym, bardzo wewnętrznym życiem. Gra ją Roksana Vikaluk ? dzieło sztuki samo w sobie. O pięknym, czystym głosie, zwiewna jak sylfida, wręcz zjawiskowa, aczkolwiek epatująca także swą fizycznością, kobiecością. Na kształt, nie demiurga, ale koryfeusza chórów śpiewających w duszy Łukierji wzlatuje wysoko w niebo, wznosi się coraz wyżej, by wkrótce zatańczyć wśród aniołów niebieskich? To ona jest ta prawdziwa Łukierja. Jej śpiewy i pląsy wznoszą ją ku Bogu? Madonnie ? matce? Jest piękna Pieta trzymająca Łukierję na kolanach? Roksana Vikaluk śpiewa głosem czystym, jasnym, o miękkim, ciepłym brzmieniu i dużej skali. Żongluje z ogromną swobodą dźwiękiem i słowem, migotliwością nastrojów, ruchem, przekracza granice. Doskonale ze spektaklem, jego nastrojem i refleksją zestrojona. Łukierja i ta druga, nienazwana żadnym imieniem, są jak lustrzane odbicia, ale jednocześnie są od siebie odmienne. Łuklierja sparaliżowana, leżąca na wozie, wypatrująca jaskółki, która ją odwiedza, marząca i myśląca to Łukierja cielesna. Tylko czasem się wsłuchuje w siebie, dopuszcza do głosu tę wewnętrzną, ale jeszcze wstrzymywaną przez fizyczność schorowanego ciała. Śpiewająca rosyjskie dumki i czastuszki (co doskonale współgra z klimatem przedstawienia) druga Łukierja to już sama wolność i kreatywność.
Znakomicie skomponowane plastycznie i przestrzennie są sceny, w których obie Łukierje są wzajemnym lustrzanym odbiciem. Świetny teatralnie pomysł. Obie znowu jakby się przenikają, ale i są osobne, też same i nie też same. Zagadkowe, tajemnicze, człowiecze. Spektakl jest pretekstem do rozmowy o człowieczym losie, człowieczej kondycji, człowieczym przemijaniu. I ?człowieczeństwie? jako takim. Mądrym ku takim rozważaniom, przemyśleniom impulsem. Każdy tęskni, każdy marzy, każdy potrzebuje koło siebie piękna. Świadczą przecież o tym nie tylko gromadzone w muzeach dzieła sztuki, historia muzyki czy teatru, ale i zwykły człowieczy los. Już praczłowiek pozostawił po sobie naskalne rysunki, już i on tańczył i śpiewał z potrzeby duszy, umysłu i serca. Na żyznej glebie narodu, gdzie rosną pokrzywy, łopiany i osty i tak wrażliwa na piękno istota, jak Łukierja, zakwitnie, zabrzmi, wybrzmi. ?Szczęście nie ma jutra, nie ma ono też wczoraj, nie pamięta przeszłości, nie żywi się przyszłością, w nim jest tylko teraz, i to nie dzień nawet, a chwila tylko?? W chaosie codziennych zdarzeń i wydarzeń, hałaśliwym bełkocie mediów, podniecaniu się sensacjami, a raczej sensacyjkami i plotkami, preparowanej wokół nierzeczywistej rzeczywistości, warto o tym pamiętać. Żanna Gierasimowa, Brygida Turowska-Szymczak, Roksana Vikaluk oraz realizatorzy przedstawienia stworzyli teatr mądry, głęboko ludzki, prawdziwy. Także teatr naszej tęsknoty. Za ludzką twarzą otaczającego nas świata, za wonnymi kwiatami na ziemi pełnej chwastów, pokrzyw, ostów i perzu. One są. W nas. Wystarczy w sobie chcieć dostrzec jaskółkę. Zachwyca też mistrzowskie wręcz opanowanie warsztatu aktorskiego i reżyserskiego. Poziom, gdzie już mówi się o kreacji. Niezwykle dziś rzadkie zjawisko.
Justyna Hofman-Wiśniewska
Szczęście jak iskierka
Scenariusz nawiązuje do melancholijnego opowiadania iwana Turgieniewa. Bohaterka, którą wypadek wykluczył poza społeczność wsi, wegetuje samotnie, ale w tym zredukowanym trwaniu odnajduje piękno każdej mijającej chwili, szczęście jak iskierka,. Pomagają jej w tym wspomnienia i pojawiające się widmo jej alter ego ? roztańczonej, rozśpiewanej, radosnej wróżki-anioła. Trwając na granicy egzystencji z wolna upodobnia się do cierpiącej Madonny.
Spektakl niesie muzyka, pieśni z czułością i talentem wyśpiewane przez Roksanę Vikaluk, delikatność Brygidy-Turowskiej w roli wiejskiej kaleki, podkreślane pomysłową scenografią, opartą na bardzo skromnych możliwościach Małej Sceny Rampy. Ale i w takich warunkach Żanna Gierasimowa potrafi wyczarować zmienne nastroje, sugerowane piękno ludowego stroju, a nawet groźną burzę. Nastrojowy, bardzo słowiański, z przymieszką goryczy, ale krzepiący spektakl o zwycięskiej sile życia.
Tomasz Miłkowski

Jaskółcze pejzaże wewnętrzne 


Już dość dawno nie spowijały mnie w teatrze opary, mgły czy dymy. Zwłaszcza takie, które reżyser (Żanna Gierasimowa) wprowadza w określonym celu, które tłumaczą się teatralnie, które coś znaczą. Są sygnałem klimatu przedstawienia, ale i obrazem mgieł nad stepami, symbolem tajemnic i czarów z młyńskiego koła sienkiewiczowskiej Horpyny, ale i metaforą drzemiących w każdym z nas snów, marzeń, pragnień, ducha. W tym przedstawieniu wszystko tłumaczy się teatralnie, czego też dawno już w teatrze nie doświadczyłam. Nie przypuszczałam też, że zachwyci mnie w teatrze Turgieniew rozpisany na dwie aktorki.


Tak więc zaczęło się wszystko w dymach i oparach. Spektakl na podstawie opowiadania Iwana Turgieniewa ?Żywe relikwie? w adaptacji, tłumaczeniu, reżyserii i scenografii Żanny Gierasimowej, jest, zgodnie z tytułem tegoż opowiadania, także ożywieniem pewnych relikwii. Na scenie jawi się świat nasycony poezją, symboliką, muzyką, śpiewem, obrazami. Świat niby odległy, bo sięgający do pieśni starosłowiańskich i symboli starosłowiańskich, świat wywiedziony z Turgieniewa, ale żywy i prawdziwy, przejmujący, pełen mistyki, świat charyzmatyczny, naznaczony piętnem Słowiańszczyzny i tym, co się potocznie określa jako ?ducha rosyjskości?, ale i ?duszą słowiańską?. Przed nami ożywają XIX wieczne obrazy rosyjskich malarzy, brzmią pieśni w języku starosłowiańskim, odżywają elementy pogańskich i chrześcijańskich obrządków. To wszystko wpisuje nas w krąg wspólnoty, sięga do korzeni, o których przecież wiemy, ale nie doświadczamy tego w życiu codziennym. I nagle Żanna Gierasimowa sprawiła, że to dawne, pradawne w nas ożyło, rozbrzmiało echami spraw zapomnianych, ale ogólnie nam znanych z literatury, sztuki, historii wreszcie, że obudził się w nas Człowiek. Rozbrzmiało to wszystko w sposób czysty i piękny, a przede wszystkim prawdziwy. Naturalny. Bez patosu, bez krzykliwości, bez nachalności i plakatowych haseł, płytkiego gadulstwa. Magia teatru. Oczarowanie czymś dziś rzadko w teatrze naszym spotykanym. Reżyseria czysta, klarowna, spektakl prowadzony pewną ręką, konsekwentny w konstrukcji, logiczny. Nie ma w nim miejsc pustych, zakamuflowanych jakimś gadżetem czy ruchem, przystrojonych ozdobnikami scenek, których nie tłumaczy nic poza ?inwencją? reżysera. Nie ma pseudokreacji reżysera. Jest w nim wiele piękna, poezji, liryzmu, ale i ludzkiego cierpienia, ludzkiego bólu, scen zachwycających swą malarskością i kompozycją. Scenografia, muzyka, gra aktorska tworzące spójną całość, jednorodne w swym wyrazie i stylistyce, dopełniające się wzajemnie. Prostota środków, z których artystki kreują świat przebogaty w swych nastrojach, metaforach, refleksjach. Może to teatr niemodny, nie trendy i nie cool, ale magiczny, piękny, wysublimowany w swym artystycznym wyrazie i mądry.


Dwie aktorki, ale postać jedna: Łukierja. Poszkodowana przez los (w wypadku), odrzucona przez ludzi, żyjąca w swoim świecie bogatym duchowo, choć samotnym i biednym. Wolna, wzlatująca jak jaskółka ku niebu, lekko przeskakująca z marzeń i wyobraźni do życia realnego wypełnionego bólem, cierpieniem, niemocą. Niegdyś najpiękniejsza dziewczyna we wsi, szczęśliwa narzeczona, dziś sparaliżowana na skutek upadku żyje w szopie jakiejś, z dala od ludzi. Od czasu do czasu jakaś litościwa dusza podrzuca jedzenie, jakiś koc. Tyle. Tylko jaskółka, która tam właśnie uwiła sobie gniazdo, jest przy niej. I wspomnienia, które już nie bolą, którymi karmi się jej wyobraźnia, i każda chwila życia, która choć trudna, to jest pełna piękna i swobody. Brygida Turowska-Szymczak stworzyła postać żywą, pełną barw przeróżnych, bogatą wewnętrznie, wolną. Nic jej na tej ziemi nie trzyma poza sparaliżowanym ciałem. Jej umysł jest lekki, szybuje swobodnie po różnorodnych rejonach życia i poezji. Gra postać dwoistą jakby, bo tę niechodzącą dziewczynę i tę pląsającą swobodnie, którą sobie wyobraża. I którą wspomina. Była nie tylko ?najpiękniejszą dziewczyną we wsi?, ale i śmieszką, radosną, szczęśliwą. Kochała i była kochana. Nagle ten świat zniknął. Narzeczony ożenił się z inną, zdrową, rodzina ją opuściła, ludzie ze wsi o niej zapomnieli. Aktorka nanizując na swą postać to, co z tekstu Turgieniewa, obserwacji z życia i swojej wrażliwości stworzyła na scenie postać przejmującą. Chwilami nazbyt rozchichotaną (zwłaszcza to zaczyna drażnić w pewnym momencie na początku spektaklu). Nawet w tym chwilami irytującym chichocie nie brzmi fałszywa nuta. Oszczędna w geście i ruchu, z dobrze postawionym głosem i piękną dykcją nie wzbudza współczucia ani tym bardziej litości. Po prostu jest taka, jaka jest. Wśród nas. Przetrącona prze życie, ale nadal piękna, mądra, wrażliwa. Trochę oddalająca się, bo niebawem wśród aniołów się znajdzie. Jej choroba to nie przekleństwa czy kara za grzechy. Ot, stało się. Jak to w życiu. Aktorka bardzo ładnie ?wydobywa? cieleśnie z siebie tę drugą, bujającą w obłokach, roztańczoną, lekką jak puch, poruszającą się z wdziękiem i gracją Łukierję. Dwie rzeczywistości: realna i duchowa, obie przeniknięte dozą mistycyzmu. Ta realna, bo znikająca, przybliżająca się do nieuchronnej śmierci, ta duchowa zanurzona w marzeniach, wyobrażeniach ?głosach wewnętrznych?. Aktorka z maestrią posługuje się głosem, modulując go adekwatnie do frazy, do wypowiadanych słów, pauzą, mimiką, gestem, modelując nastrój i jego odcienie. Nadrzędne jest słowo, pięknie wyartykułowane i to, co w nim, a także poza nim i pomiędzy. Feeria znaczeń rozsiewana wokół, podpowiadana widzowi w sposób nienachalny i niejednoznaczny, tak, by i sam mógł się w to włączyć ze swoją wyobraźnią i refleksją. Widownia siedzi raczej wsłuchana niż zasłuchana, zagarnięta przez to, co na scenie, ale nie bierna. Jej wsłuchanie w rytm przedstawienia, w jego poezję i pieśń dochodzi do aktorek wznosząc te wzajemne współbrzmienia i wibracje wyżej, wynosząc je poza teatr, bo ten spektakl pozostaje w myśli, sercu, duszy.


Ta druga, ta, która żyje tylko w tej pierwszej, z którą są jak lustrzane odbicia, to już sama swoboda i wolność, to szybowanie w przestworzach jak jaskółka. To życie już innym, bardzo wewnętrznym życiem. Gra ją Roksana Vikaluk ? dzieło sztuki samo w sobie. O pięknym, czystym głosie, zwiewna jak sylfida, wręcz zjawiskowa, aczkolwiek epatująca także swą fizycznością, kobiecością. Na kształt, nie demiurga, ale koryfeusza chórów śpiewających w duszy Łukierji wzlatuje wysoko w niebo, wznosi się coraz wyżej, by wkrótce zatańczyć wśród aniołów niebieskich? To ona jest ta prawdziwa Łukierja. Jej śpiewy i pląsy wznoszą ją ku Bogu? Madonnie ? matce? Jest piękna Pieta trzymająca Łukierję na kolanach? Roksana Vikaluk śpiewa głosem czystym, jasnym, o miękkim, ciepłym brzmieniu i dużej skali. Żongluje z ogromną swobodą dźwiękiem i słowem, migotliwością nastrojów, ruchem, przekracza granice. Doskonale ze spektaklem, jego nastrojem i refleksją zestrojona. Łukierja i ta druga, nienazwana żadnym imieniem, są jak lustrzane odbicia, ale jednocześnie są od siebie odmienne. Łuklierja sparaliżowana, leżąca na wozie, wypatrująca jaskółki, która ją odwiedza, marząca i myśląca to Łukierja cielesna. Tylko czasem się wsłuchuje w siebie, dopuszcza do głosu tę wewnętrzną, ale jeszcze wstrzymywaną przez fizyczność schorowanego ciała. Śpiewająca rosyjskie dumki i czastuszki (co doskonale współgra z klimatem przedstawienia) druga Łukierja to już sama wolność i kreatywność.


Znakomicie skomponowane plastycznie i przestrzennie są sceny, w których obie Łukierje są wzajemnym lustrzanym odbiciem. Świetny teatralnie pomysł. Obie znowu jakby się przenikają, ale i są osobne, też same i nie też same. Zagadkowe, tajemnicze, człowiecze. Spektakl jest pretekstem do rozmowy o człowieczym losie, człowieczej kondycji, człowieczym przemijaniu. I ?człowieczeństwie? jako takim. Mądrym ku takim rozważaniom, przemyśleniom impulsem. Każdy tęskni, każdy marzy, każdy potrzebuje koło siebie piękna. Świadczą przecież o tym nie tylko gromadzone w muzeach dzieła sztuki, historia muzyki czy teatru, ale i zwykły człowieczy los. Już praczłowiek pozostawił po sobie naskalne rysunki, już i on tańczył i śpiewał z potrzeby duszy, umysłu i serca. Na żyznej glebie narodu, gdzie rosną pokrzywy, łopiany i osty i tak wrażliwa na piękno istota, jak Łukierja, zakwitnie, zabrzmi, wybrzmi. ?Szczęście nie ma jutra, nie ma ono też wczoraj, nie pamięta przeszłości, nie żywi się przyszłością, w nim jest tylko teraz, i to nie dzień nawet, a chwila tylko?? W chaosie codziennych zdarzeń i wydarzeń, hałaśliwym bełkocie mediów, podniecaniu się sensacjami, a raczej sensacyjkami i plotkami, preparowanej wokół nierzeczywistej rzeczywistości, warto o tym pamiętać. Żanna Gierasimowa, Brygida Turowska-Szymczak, Roksana Vikaluk oraz realizatorzy przedstawienia stworzyli teatr mądry, głęboko ludzki, prawdziwy. Także teatr naszej tęsknoty. Za ludzką twarzą otaczającego nas świata, za wonnymi kwiatami na ziemi pełnej chwastów, pokrzyw, ostów i perzu. One są. W nas. Wystarczy w sobie chcieć dostrzec jaskółkę. Zachwyca też mistrzowskie wręcz opanowanie warsztatu aktorskiego i reżyserskiego. Poziom, gdzie już mówi się o kreacji. Niezwykle dziś rzadkie zjawisko.


Justyna Hofman-Wiśniewska (Sekcja polska Międzynarodowego Stowarzyszenia Krytyków Teatralnych)


Szczęście jak iskierka


Scenariusz nawiązuje do melancholijnego opowiadania iwana Turgieniewa. Bohaterka, którą wypadek wykluczył poza społeczność wsi, wegetuje samotnie, ale w tym zredukowanym trwaniu odnajduje piękno każdej mijającej chwili, szczęście jak iskierka,. Pomagają jej w tym wspomnienia i pojawiające się widmo jej alter ego ? roztańczonej, rozśpiewanej, radosnej wróżki-anioła. Trwając na granicy egzystencji z wolna upodobnia się do cierpiącej Madonny.Spektakl niesie muzyka, pieśni z czułością i talentem wyśpiewane przez Roksanę Vikaluk, delikatność Brygidy-Turowskiej w roli wiejskiej kaleki, podkreślane pomysłową scenografią, opartą na bardzo skromnych możliwościach Małej Sceny Rampy. Ale i w takich warunkach Żanna Gierasimowa potrafi wyczarować zmienne nastroje, sugerowane piękno ludowego stroju, a nawet groźną burzę. Nastrojowy, bardzo słowiański, z przymieszką goryczy, ale krzepiący spektakl o zwycięskiej sile życia.


Tomasz Miłkowski (Sekcja polska Międzynarodowego Stowarzyszenia Krytyków Teatralnych)



Radość z cierpienia wyprowadzona


Jaskółka w reż. Żanny Gierasimowej w Teatrze Rampa w Warszawie.


W poszukiwaniu stosownego przedstawienia na czas okołobożonarodzeniowy można stracić wzrok. Nie z nadmiaru propozycji, lecz z powodu ich braku i związanego z tym trudu poszukiwań. Dość spojrzeć na repertuar teatrów warszawskich, a więc stolicy kraju, którego Naród w 90 procentach deklaruje się jako katolicy. Co myśleć o takiej sytuacji? To tak, jakby teatry należały już do innej strefy kulturowej, narodowej czy wręcz innego państwa. Premiery, które w ostatnim czasie odbyły się w Warszawie, nie tylko nie nawiązują do okresu Świąt Bożego Narodzenia, ale nierzadko są - najdelikatniej mówiąc - wysoce niestosowne. Zwłaszcza w tym czasie. I tak jest co roku.
Owszem, w Teatrze Lalka grana jest "Szopka krakowska", w Rampie "A my do Betlejem", a w Teatrze Polskim - jak co roku - "Pastorałka". Bardzo piękna zresztą, znakomicie wyreżyserowana przez Jarosława Kiliana z cudowną, przepiękną scenografią Adama Kiliana (ojca reżysera). Tylko ile to już lat mają te przedstawienia. Utrwaliliśmy je sobie już po wielekroć, oglądając je rok w rok. Wprawdzie przez te lata częściowo została wymieniona obsada, np. w "Pastorałce". Ale jest to jednak wciąż ten sam spektakl. Nie mam nic przeciwko temu, chętnie każdego roku go oglądam i niech nadal pojawia się w następnych latach, bo jest wart tego, by zostać w repertuarze na długo. Ale "Pastorałka" przecież nie rozwiązuje problemu. Czy rzeczywiście nie stać dziś teatrów artystycznie i moralnie na nowe, premierowe spektakle, przygotowane właśnie z myślą o okresie świąt? Bo przecież na brak literatury scenicznej w tym zakresie narzekać nie można.


Z tych spektakli, które ostatnio obejrzałam, jedynie "Jaskółka" w Teatrze Rampa wymową, pogłębioną refleksją psychologiczną i klimatem duchowości zdaje się najbardziej zbliżoną propozycją na ten okołobożonarodzeniowy czas. Choć też nie bez pewnych uwag. "Jaskółka" to sztuka oparta na opowiadaniu Iwana Turgieniewa "Żywe relikwie" zawarte w tomie opowiadań "Zapiski myśliwego" z 1851 roku. W warstwie fabularnej jest to opowieść o Łukierii, niegdyś pięknej dziewczynie wiejskiej, która wskutek wypadku została sparaliżowana, a następnie odrzucona przez rodzinę i tamtejszą społeczność. Porzucił ją także narzeczony, ożenił się z inną, zdrową i piękną dziewczyną. Od siedmiu lat miejscem zamieszkania Łukierii jest stajnia czy raczej szopa, gdzie w samotności dopełni ona swoich dni. Towarzyszyć jej będzie tylko jaskółka, która właśnie w szopie uwiła sobie gniazdko.


Tytułowa jaskółka jest tu metaforycznym odniesieniem do bohaterki tej opowieści. Bo Łukieria mimo spętanego paraliżem ciała i mimo odrzucenia przez ludzi jest wolna duchem. I niczym ptak może szybować w myślach po wielkich przestrzeniach, gdzie jej dusza syci się radością życia. Bo - jak rozmyśla Łukieria - "Bóg zesłał na mnie krzyż, to znaczy, że mnie kocha. To lepiej, że jestem kaleką, bo odszedł ode mnie grzech". No tak, ale przecież i myślą można zgrzeszyć. Dziewczyna stara się więc nie poddawać natrętnym rozmyślaniom, a w chorobie nie widzi przekleństwa, lecz pewną łaskę, która wprowadzi ją na drogę wiodącą do innego życia, tego pełnego, wiecznego.
Leżąc pośród słomy i siana na wozie drabiniastym służącym jej za łóżko i za cały dobytek, nie czyni nikomu wymówek, nie żali się na los, a raduje tym, co ma. Szczęściem napawa ją wiara w Boga, pamięć przywołująca wspaniałe wiejskie krajobrazy przyrody, wśród których wzrastała, wrażliwość na piękno. Czy gdyby nie uległa wypadkowi i była zdrowa, to jej życie duchowe byłoby aż tak pogłębione jak teraz? - zastanawia się i jest przekonana, że nie. Bo wszystko w życiu ma sens, także jej choroba, z której można wyprowadzić tak wiele dobra. I właśnie ta refleksja czyni ją szczęśliwą mimo sytuacji, w jakiej się znalazła.


Przedstawienie ma charakter monodramu połączonego z warstwą wokalno-muzyczną utrzymaną w klimacie starosłowiańskich i staroruskich przyśpiewek, dumek i czastuszek. Wolałabym jednak usłyszeć je przetłumaczone na język polski, przynajmniej w części. Przedstawienie jest opowieścią wprawdzie o jednej kobiecie, Łukierii, ale w spektaklu widzimy dwie wykonawczynie: Brygidę Turowską-Szymczak oraz Roksanę Vikaluk. Brygida Turowska-Szymczak gra Łukierię przykutą do łóżka, jej marzenia zaś, wspomnienia z dawniejszego życia przywoływane są przez postać będącą jak gdyby personifikacją duszy Łukierii. W tej roli występuje Roksana Vikaluk i to ona prezentuje tu stronę wokalną. Ma imponującą barwę głosu i w ciekawy sposób interpretuje pieśni.
Łukieria w wykonaniu Brygidy Turowskiej-Szymczak to rola znakomita. Chyba najlepsza w artystycznym dorobku tej aktorki. Trudna, wymagająca skupienia samej wykonawczyni, ale także skupienia widza. Łukieria bowiem łączy materię z duchowością. Dwie rzeczywistości, ta stricte realna i ta z pogranicza mistycyzmu przenikają się tu wzajemnie i tworzą piękną, harmonijną całość. Aktorka dyskretnie wprowadza widza w swój duchowy świat, odsłania myśli, pragnienia, niepokoje. Pokazuje swoją drogę prowadzącą do Boga. Psychologiczną prawdę postaci aktorka buduje na postawie każdego detalu: modulacją głosu, pauzą, mimiką, gestem ręki. Niczego nie nadużywa, wszystko pozostaje w należytej proporcji, dlatego też tak wiarygodnie wybrzmiewają jej refleksje na temat radości życia. Radości życia osoby od wielu lat zamkniętej w szopie, skąd świat ogląda tylko przez szczeliny między deskami. Piękna, głęboka, przejmująco zagrana rola.


Interesująco też pomyślana jest scenografia autorstwa Żanny Gierasimowej, której dziełem są również reżyseria spektaklu i sceniczna adaptacja opowiadania Turgieniewa. Usytuowany w centralnym miejscu sceny wiejski wóz drabiniasty pełni tu rolę mikroświata. Ale też makroświata. W zależności od potrzeby. Spektakl jest również nasycony klimatem poetyckim i malarskim o spokojnych, ciepłych barwach, oddających harmonię stanu ducha bohaterki.


To przedstawienie jest na pewno godne uwagi, wymaga od widza wyciszenia, zatrzymania się w codziennym biegu i zastanowienia się, dokąd ten bieg prowadzi i co jest w życiu najważniejsze.


Temida Stankiewicz-Podhorecka
Nasz Dziennik nr 300 / 23-12-2009


Ruś w Rampie


Jaskółka w reż. Żanny Gierasimowej w Teatrze Rampa w Warszawie.

Garść autentycznych wzruszeń spotyka widzów przedstawienia
Jaskółka w warszawskiej Rampie. Sam pomysł inscenizacji opowiadania Iwana Turgieniewa Żywe relikwie o dotkniętej przez los dziewczynie okazał się genialny, bo do monodramu w wykonaniu Brygidy Turowskiej-Szymczak dołączono pełne rosyjskiego kolorytu ludowe dumki i czastuszki w wykonaniu Roksany Vikaluk.

Jej ciepły, czysty głos i akcent rodowitej Ukrainki dodają tej historii i wiarygodności, moszczą ją niezawodnie w kulturze naszego wschodniego sąsiada. Charakter pieśni zmienia się w toku akcji, całość zaś muzycznego opracowania podkreśla nastroje dziewczyny, towarzyszy jej wspomnieniom o minionym życiu.

A ponieważ obie wykonawczynie są podobnej budowy i niekiedy występują jako swe lustrzane odbicie, to pieśniarka jest jakby duszą, wnętrzem aktorki, potwierdzeniem jej bytu na ziemi. Gdyby nie kilka dłużyzn wynikających ze zbyt tradycyjnej reżyserii ten piękny spektakl można by uznać za perfekcyjny.

Bronisław Tumiłowicz
Przegląd nr 50/20.12.



Tancerka wolna jak ptak


Pełen poezji, muzyki i malarstwa spektakl rozgrywa się na granicy świata rzeczywistego oraz krainy marzeń, w której człowiek może być całkowicie wolny.

Kanwą spektaklu jest opowiadanie Iwana Turgieniewa ?Żywe relikwie?. Jego tłumaczeniem, adaptacją i reżyserią zajęła się Żanna Gierasimowa. To artystka wszechstronna ? gra w teatrze, kinie, śpiewa, maluje. Przez długi czas związana była z moskiewskim Teatrem im. Stanisławskiego, ale od ośmiu lat mieszka w Polsce. Widzowie mogą kojarzyć ją z seriali: ?Samo życie?, ?Ojciec Mateusz?, ?Na kocią łapę?. Dwa lata temu w Teatrze Polonia przygotowała widowisko ?Rajskie jabłka? o życiu i twórczości Włodzimierza Wysockiego.

Z opowiadaniem Turgieniewa ?Żywe relikwie? mierzyła się już w 2008 roku, reżyserując w Teatrze Praga przedstawienie ?Pod jasnym niebem?. Jak mówi ? Turgieniew to bardzo trudny materiał. Nawet w Rosji jego opowiadania są rzadko przenoszone na scenę.

Bohaterką ?Jaskółki? jest młoda dziewczyna, która traci władzę w nogach na skutek wypadku. Niepełnosprawna i nikomu niepotrzebna zostaje zamknięta w ciemnej szopie. Kiedyś wspaniale śpiewała i tańczyła, teraz może to robić w wyobraźni. Jej duch jest wolny i pełen radości.

Usłyszymy starosłowiańskie pieśni, a za sprawą scenografii przygotowanej przez Gierasimową ożyją obrazy XIX-wiecznych rosyjskich malarzy. Klimatu dodadzą elementy pogańskich i chrześcijańskich obrządków.


Julia Rzemek

Życie Warszawy



Czy "Jaskółka" zaskoczyła Jaskółkę?


"Kiedyś, gdy chciałam zobaczyć jaskółkę, musiałam wyjrzeć za okno lub spojrzeć w lustro. Dzisiaj wiem, że to nie wystarczy. Wiem też, że nie wystarczy spojrzeć raz.

Spektakl Jaskółka w reżyserii Żanny Gierasimowem, wystawiany w Teatrze Rampa, zawędrował na pierwsze miejsce mojej listy zaskoczeń roku. I co z tego, że w recenzjach jak wół jest napisane, że mistycyzm, że ludowość, że pieśni Roksany Vikaluk. Na ten spektakl trzeba iść, żeby osobiście stwierdzić, że słowa nie oddadzą magii tego widowiska. A żadna recenzja nie uniesie talentu wokalnego pani Vikaluk ani mistrzostwa, z jakim zaprezentowała swoją kreację Łukierii, Brygida Turowska-Szymczak.
Ten spektakl to zapach historii jakiej nie poznamy z podręczników. Zapach, który poczujemy już w pierwszej minucie spektaklu. Piękne, starosłowiańskie piosenki i dumki, jakie wykonuje pani Vikaluk, odnoszą się do następujących po sobie pór roku a także do rytmu życia wsi.  Mimo że pieśni wykonywane są w języku ukraińskim, a cała sztuka oparta jest na opowiadaniu rosyjskiego pisarza Iwana Turgieniewa, to bardzo łatwo można przetransponować miejsce akcji na naszą polską wieś. Staroruskie obrzędy i zwyczaje, takie jak puszczanie wianków na świętego Jana czy zimowe kuligi, były, i są przecież jeszcze, zwyczajem w naszym kraju.
W tym bogactwie dźwięków, barw i obrazów obserwujemy główną bohaterkę leżącą gdzieś w szopie za wsią, odizolowaną od społeczeństwa. Śledzimy tok jej rozumowania, który prowadzi do pełnego zaakceptowania sytuacji w jakiej się znajduje. Dzięki temu Łukieria będzie mogła już na zawsze pozostać szczęśliwą i ?wolną od grzechu?. Bóg, o którym mówi bohaterka, niewątpliwie jest Bogiem prawosławnym, jednak cudowne pieśni przywołają w wyobraźni naszego umysłu starosłowiańskiego Peruna, Perepłuta czy boginię Mokosz. Wymowa spektaklu jest bardzo prosta ? niewiele potrzeba do szczęścia i niewiele trzeba by sprawić komuś ulgę bądź przyjemność. Niewiele tez trzeba by dostać się do teatru Rampa na sztukę ?Jaskółka?. Ot. Bilet i wolny wieczór. Gwarantuję, że nie będzie to czas stracony.

Joanna Jaskółka

Radioaktywne.pl


Jedna jaskółka wiosny nie czyni?


Wszyscy nie mogą się doczekać wiosny, ale nie możemy z tego powodu ograniczać roli jaskółki wyłącznie do sprowadzania tak wytęsknionej pory roku. Ten ptak z czarnymi skrzydełkami, często wijący swoje gniazda przy ludzkich posiadłościach, jest również symbolem swobody, oderwania się od ziemskich spraw i poszybowania hen w przestrzeń. Taką jaskółką stała się Łukieria - bohaterka spektaklu pod tytułem Jaskółka. Dziewczyna, po nieszczęśliwym wypadku, straciła władanie nad nogami oraz jedną ręką i żyje kolejny - dokładnie siódmy - rok przykuta do łóżka. Nawet nie do łóżka, a do przykrytego sianem wozu, postawionego w rozpadającej się szopie. Łukierii nie poznajemy bowiem we współczesnych czasach. Ta sztuka w wykonaniu Brygidy Turowskiej-Szymczak przenosi widzów do świata XIX-wiecznego ludowego opowiadania Iwana Turgieniewa zatytułowanego Żywe relikwie. Nie jest to jednak zrobione metodą ?poinformowania widza?, która polega na tym, że słucha on o wydarzeniach ze wsi na wschodzie i ma to po prostu przyjąć do wiadomości. O nie. Żanna Gierasimowa wyreżyserowała ten spektakl w taki sposób, że widz się odpręża i wręcz zanurza w mistycznym świecie Łukierii, gdzie świat materialny i duchowy się przenikają. I to wszystko dzięki Roksanie Vikaluk i jej roli jako wolnego ducha Łukierii. Starosłowiańskie pieśni w jej wykonaniu niemalże rzuciły mnie na kolana. Trudno się przyznać, ale wbrew zapewnieniom Teatru, nie były one dla mnie zrozumiałe. Zapewne wynika to z mojej znikomej znajomości języków wschodniosłowiańskich. Jednakże wcale nie przeszkodziło mi to w delektowaniu się i podziwianiu niesamowitego kunsztu aktorki. Nie była to jedyna rzecz, która mnie pozytywnie zaskoczyła. Przez cały spektakl przewijały się elementy chrześcijańskich i pogańskich obrządków, czy nawet odniesienia do XIX-wiecznych obrazów. Bohaterki niesamowicie płynnie potrafiły przejść od przedstawienia obrządku... do zaprezentowania piety. Wyłapanie tych wszystkich elementów stanowiło spore wyzwanie dla widza, gdyż wymagało wiedzy na ten temat.

Zaskakujące w całym spektaklu jest to, iż mimo że dotyka dość trudnej tematyki cierpienia, osamotnienia, cały spektakl stara się mieć wydźwięk pozytywny. Dlaczego stara się? Łukieria, pomimo swojej trudnej sytuacji nauczyła się cieszyć tym, co jej pozostało. Zaczęła wykorzystywać wszystkie zmysły do odczuwania otaczającego ją świata. Nie jest zgorzkniała, potrafi odnaleźć radość z życia. Jednakże momentami spektakl był dla mnie zbyt przytłaczający, zamiast zrelaksować, robiłam się coraz bardziej spięta. Może nie mogłam wytrzymać natłoku krzywd, jakie dotknęły bohaterkę. Może, wbrew jej zakazowi, zaczęłam jej współczuć zamiast ją podziwiać.

Jak można zauważyć, nie jest to lekki spektakl z miłą muzyczką w tle. Mimo to uważam, że czasem warto poświęcić jeden wieczór na spektakl bardziej refleksyjny, mistyczny, a może po prostu inteligentny i oryginalny. Na zakończenie powiem - jeżeli nie interesuje Was to wszystko, co wymieniłam powyżej, to idźcie dla samej Brygidy Turowskiej-Szymczak. Jej gra aktorska stoi na najwyższym poziomie i, szczerze mówiąc, dopiero teraz doceniłam naprawdę, na czym polega trud gry aktorskiej i jak genialne można odegrać swoją rolę. Jest to niezapomniane wrażenie.


Ewa Góźdź

Magiel - Niezależney Miesięcznik Studentów Szkoły Głównej Handlowej (nr 115)