|
Marta Płatek
S Z E Ś Ć W J E D N E J albo POMIESZANIE Z POPLĄTANIEM
Sześć w jednej w reżyserii Grzegorza Warchoła przypomina taką oto zabawkę: w zamkniętym, a więc już przez samo to niezwykle nas intrygującym pudełku znajdujemy mniejsze pudełko. W tym mniejszym ? jeszcze mniejsze, a w nim kolejne ? całkiem malutkie, chociaż i to, jak się okaże, zawierać w sobie będzie również inne ? coraz to mniejsze i mniejsze? Odkrywaniu kolejnych pudełek towarzyszy nierozerwalnie element niespodzianki, zaskoczenia i narastającej ciekawości. W strukturze przygotowanego przez Teatr Rampa spektaklu funkcję takich pudełek-niespodzianek pełni sześć zabawnych, jednoaktowych miniatur, z których każda mieści w sobie oprócz własnej, także i inną historię. Są to na pozór zwyczajne, zaczerpnięte z życia codziennego sytuacje, w których udział brał lub w niedalekiej przyszłości weźmie każdy z nas: wizyta znajomych (Alarmy, Pożegnania), pobyt w hotelowym pokoju (Sobowtóry), impreza towarzyska (Szczera rozmowa), impreza w miejscu pracy (Toasty) oraz przylot rzadkiego gościa (Uziemieni). Wszystkie one zaczynają się zwyczajnie ? tak, jak to najczęściej w życiu bywa ? i nagle ulegają zagęszczeniu. Tempo nabiera zawrotnej szybkości, aż do takiego stanu, który najprościej można określić jako ?pomieszanie z poplątaniem?. Taki też pierwotnie tytuł nosiła w polskim tłumaczeniu komedia Alarms and excursions angielskiego dramaturga, powieściopisarza, tłumacza i reportera, Michaela Frayna. Określenie ?pomieszanie z poplątaniem? nie tylko doskonale charakteryzuje każdą z przedstawianych historii z osobna, ale również łączy je w specyficzną całość.
Sześć w jednej to komedia bardzo angielska ? w klimacie, w stylu, w realiach. Powołując się z jednej strony na Woody?ego Allena, a z drugiej ? na komizm spod znaku Monty Pythona, reżyser stworzył spektakl dla widzów o wyrafinowanym smaku. Kluczem jest właśnie angielski humor, specyficzny śmiech z podtekstem intelektualnym, będący reakcją na absurd ? tzw. pure nonsense (czysty nonsens). Rzadko jednak jest to śmiech głośny, tak charakterystyczny dla szczerej natury Słowian. Jest to raczej coś, co można by nazwać półuśmiechem.
Ukazane w przedstawieniu historie wydają się niezwiązane ze sobą. Czasem tylko niektóre postacie, oglądane we wcześniejszych scenach, pojawiają się w kolejnych jako tło. Spektakl otwiera początek towarzyskiego spotkania czworga znajomych, a kończy ? ta sama impreza, tyle że pokazana kilka godzin później. Między tymi ujęciami rozgrywają się pozostałe jednoaktówki. Taka kompozycja ma w sobie swoistą lekkość, ułatwia przechodzenie od tematu do tematu i uchwycenie w bardziej lub mniej krzywym zwierciadle naszej codzienności. Z drugiej jednak strony rozmiar jednoaktówki wymusza pewne rozwiązania formalne, które dotyczą sposobu prowadzenia zarówno akcji, jak i postaci. Wszystko jest tu podporządkowane stworzeniu takich sytuacji, które same w sobie byłyby już śmieszne. Fabularna nikłość zachęca do wprowadzenie pozawerbalnych środków ekspresji. Dlatego też oglądając spektakl trzeba uważnie patrzeć, jak nawiązują się kontakty, kto z kim chętnie przebywa, a kto od kogo stroni oraz czym ? niejako na marginesie ? zajmują się postacie. Trzeba przyznać, że farsy Frayna są gatunkiem bardzo dla aktorów wymagającym. ?Sztuka rozśmieszania nie jest sztuką łatwą, zwłaszcza gdy idzie o śmiech z domieszką dystansu intelektualnego ? znacznie częściej śmieją się ludzie z humorystycznych sytuacji życiowych?[1] ? pisze w znakomitym studium o śmiechu Maria Gołaszewska. I właśnie niewątpliwą siłą tego przedstawienia jest aktorstwo. Jednak tym razem aktorzy grają nie określone postacie, ani nawet nie konkretne typy. Oni przede wszystkim grają sytuacje. W oryginalnej wersji wszystkie role rozdzielone zostały między czworo wykonawców: dwie kobiety i dwóch mężczyzn. W Rampie obsadę rozszerzono do piętnastu osób i było to całkiem udane posunięcie. Świetny, jak zawsze, jest Mieczysław Morański. Gra on w swoich jednoaktówkach tak, jak grywa duże role komediowe. Niejednokrotnie śmiertelną powagą rozśmiesza widzów do łez. Zabawny jest Maciej Gąsiorek jako ugrzeczniony niemiecki turysta, wplątany przez automatyczną sekretarkę w naprawdę niezły galimatias. W tej samej scenie Olga Szomańska-Radwan rewelacyjnie zagrała głupiutką, kompletnie rozkojarzoną blondynkę. W spektaklu pojawia się także inna, ciekawa postać, oryginalnie nakreślona za pomocą ruchu przez Brygidę Turowską-Szymczak.
W jednym z wywiadów Grzegorz Warchoł powiedział, że zrobił spektakl o tym, jak wynalazki techniki mogą uprzykrzyć życie. Regularnie powtarzające się piknięcie, terkot minutnika, dzwonek telefonu, zacinający się alarm narastają do crescendo, tworząc istną, nieznośną dla ucha kakofonię. I tak dochodzimy do kolejnego, ukrytego pudełeczka, w którym za konwencją lekkich, zabawnych komedyjek kryje się coś niezwykle ważnego. Teatr Rampa znany jest zresztą z tego, że tym lżejsze stosuje formy im ważniejszych spraw dotyka. Myślę, że tym razem stawia przed nami pytanie, co właściwie zrobiliśmy z wywalczoną z takim trudem przez poprzednie pokolenia wolnością. Czy od człowieka współczesnego, dobrowolnie i za jego zgodą popędzanego przez różne czasomierze, kontrolowanego przez telefony komórkowe, sterowanego przez głupie konwenanse, mody i reklamy jeszcze cokolwiek zależy? Czy posługując się nowoczesnymi środkami przekazu umiemy nadal ze sobą rozmawiać? Czy umiemy słuchać, co inni do nas mówią?
Spektakl Sześć w jednej pokazuje w różnych wariantach i konfiguracjach relacje międzyludzkie. Śmieszy scenka pomiędzy dwojgiem ludzi, którzy wprawdzie ze sobą rozmawiają, ale zupełnie nie mogą się porozumieć. Inni natomiast komunikują się wyłącznie poprzez nagrania na automatycznej sekretarce. Najbardziej jednak skłania do myślenia sytuacja, w której dwie pary znalazły się w przylegających do siebie identycznych pokojach hotelowych. Kontrapunktowy dialog, zdublowane wypowiedzi i lustrzane niemal odbicie osób doskonale pokazuje, jak w danym schemacie wyzwalają się identyczne reakcje. Ludzie tak samo wyglądają, tak samo mówią i myślą. Codzienność staje się powtarzalna, stereotypowa i przez to ? komiczna. Nie zapominajmy jednak, że oglądane na scenie sytuacje dotyczą Anglików, a nie nas. I dzięki Bogu, bo w ten sposób pośmiać możemy się szczerze. Nie bez racji zauważył Stanisław Jerzy Lec, że ?człowiek lubi się śmiać. Z innych?. Jak łatwo i z jaką przyjemnością odkrywamy wady i śmiesznostki sąsiada zupełnie ignorując fakt, że dla onego sąsiada my także jesteśmy sąsiadami.
I jeszcze jedno spostrzeżenie: niezwykle istotne dla tej komedii jest zjawisko ?przeniesienia? ? to znaczy, że to co zostało ośmieszone na scenie, nagle wydaje się komiczne w życiu, chociaż przedtem wcale takie nie było. Miałam okazję to sprawdzić na ostatniej, jak zwykle nudnej naradzie. Tylko tym razem już wiedziałam, gdzie patrzeć i kogo słuchać. To była pyszna zabawa! Odtąd nie opuszczę już żadnego zebrania. Nie ma mowy! [1] M. Gołaszewska, Śmieszność i komizm, Wrocław 1987, s. 9.
Ryszard Klimczak, Dziennik Teatralny
Silna ręka reżysera
Na komedię ?Sześć w jednej? Michaela Frayna - autora z najwyższej dramaturgicznej półki zaprasza Teatr na Targówku. |