|
Jeździec burzy
musical o Jimie Morrisonie w reż. Arkadiusza Jakubika
- ?(...)muzyka, odkrywcza i rewolucyjna jest najciekawszym elementem musicalu Arkadiusza Jakubika ?Jeździec Burzy"(...). Widziałem wersję z Rychcikiem, który nie tylko przypomina Morrisona z tym jego uśmieszkiem błąkającym się na ustach
i dzikimi tańcami wokół mikrofonu, ale także potrafi śpiewać równie surowo i mrocznie jak on. Piosenki w niezłych polskich przekładach nie straciły swej drapieżności i mogą wciąż zawstydzić dzisiejszych rockmanów. (...)Musical w Rampie jest dowodem wyższości sztuki nad ideologią, która ja zrodziła."
Roman Pawłowski, ?Gazeta Wyborcza" 25 października 2000
***
- ?Powstał spektakl imponujący koncepcją, rozmachem i aktorstwem.(...)Przyjęta koncepcja - połączenia teatru z koncertem rockowym na żywo - należycie trzyma w napięciu. Składa się na nie rozmach: zróżnicowanie atakujących środków przekazu: słowo, muzyka i ruch spiętych klamrą etiud filmowych Wojciecha Smarzowskiego. Co najważniejsze mamy tu kawał dobrej aktorskiej roboty. Cały zespół z Marią Seweryn na czele dzielnie towarzyszy gwieździe. Marcin Rychcik jest tu gwiazdą i jako Jim Morrison i jako Marcin Rychcik."
Zbigniew Kasprzyca, mies. ?Afisz" nr 1/2000
***
- ?Wszystkie teksty piosenek, wykonywane w tym spektaklu zostały przetłumaczone na język polski. Właściwie każdy, kto słyszy o tym, że teatralny Jim śpiewa po polsku, reaguje z lekkim niedowierzaniem. Tymczasem teksty, których tłumaczeń
w przeważającej części podjął się Krzysztof Jaryczewski (niegdyś Oddział Zamknięty), nie tylko wychodzą obronną ręką, ale w połączeniu ze wspaniałą interpretacją Marcina po prostu zachwycają."
Michał Kirmuć, mies. ?Tylko rock" październik 2000
***
- ?Jeździec burzy w teatrze Rampa warty jest obejrzenia. Powodów jest kilka. Przede wszystkim muzyka. Wykonywana na żywo stanowi najważniejszą wartość spektaklu.
(...) Największym sukcesem jest odtwórca głównej roli - Marcin Rychcik debiutujący na deskach scenicznych(...). Młody wykonawca gra bezpretensjonalnie i nienachalnie, emocje trzyma na wodzy, umiejętnie rozkłada akcenty. I co najważniejsze - rewelacyjnie śpiewa."
Katarzyna Wereszczyńska, Życie Warszawy, 26 września 2000
- Tak samo jak nikt nie spodziewa się hiszpańskiej Inkwizycji, tak samo nikt nie spodziewałby się znaleźć na naszym blogu recenzji sztuki teatralnej. A jednak! Sunday postanowiło się ukulturalnić przez jeden wieczór, pojechać na daleki Targówek (gdzie śnieg nadal zalega na chodnikach) i zobaczyć ?Jeźdźca burzy? w reż. Arkadiusza Jakubika. Jak łatwo się domyślić, zainteresował nas temat sztuki: Jim Morrisom, jego życie prywatne i kariera.
Wybierając się na ten spektakl, mieliśmy dwie główne obawy: m.in. czy uda nam się wysiedzieć w miejscu (i bez jedzenia!) 2 godziny 40 minut oraz czy piosenki The Doors nie zostaną w wersji polskiej po prostu zbezczeszczone. W końcu jesteśmy tak przyzwyczajeni do tekstów piosenek po angielsku, ze jakiekolwiek próby tłumaczenia nawet najprostszych wersów wypadają sztucznie i trywialnie. Tu na szczęście moje obawy zostały rozwiane w ciągu kilkunastu pierwszych minut spektaklu. Zarówno ?Riders on the Storm? jak i ?My Wild Love? zostały zgrabnie zaadaptowane na potrzeby języka polskiego ? podobnie zresztą jak wszystkie pozostałe piosenki. Samo wykonanie utworów też mnie pozytywnie zaskoczyło: grający Morrisona Marcin Rychlik naprawdę UMIE śpiewać. Można narzekać, że śpiewał nawet zbyt czysto i bez charakteru, ale porównywanie technicznego, wyuczonego głosu aktora z brudnym, pełnym emocji wokalem Jima po prostu nie ma sensu, bo to dwa oddzielne światy. Uspokojona w ten sposób, mogłam skupić się na pozostałych elementach spektaklu. Całość składa się z wielu luźno powiązanych ze sobą epizodów z życia Morrisona. Przejścia między kolejnymi scenami są momentami niezbyt płynne ? ale w końcu bardziej chodzi tu o symbolikę niż o dosłowność. To co bardziej razi, niestety, to chyba zbyt schematyczne i dydaktyczne przedstawienie Morrisona jako cierpiącego artysty. Czy naprawdę był on tylko niezrozumianym poetą, nieudolnie szukającym ?drzwi percepcji? i pogrążającym się w narkotykowym nałogu? Być może tak naprawdę było, z tym że samo zakończenie stoi w zaprzeczeniu do poprzednich scen: Morrison oznajmia triumfalnie, ze już wie, co się za tymi drzwiami znajduje. Nie bardzo to wynika z samej treści sztuki, ale najwidoczniej jej twórcom zabrakło odwagi, żeby go do końca obedrzeć z całej przypisywanej mu świętości. Ja się zresztą wcale nie dziwię ? mity są po to, by je pielęgnować. Dlatego nie przekonał mnie ani zdegradowany Morrison, ani podupadła, zachowująca się jak ostatnia dziwka, Nico (kto ją w ogóle ubrał w skórę?!). Zawiodłam się też na stronie wizualnej spektaklu. Ja wiem, że teatr ma pozostawiać więcej pola do popisu dla wyobraźni widza, ale jednego nie jestem w stanie wybaczyć twórcom: fatalnych strojów postaci. Przecież akcja rozgrywa się w latach 60. w USA! Wystarczy obejrzeć jakiekolwiek zdjęcia z epoki, żeby się przekonać, ile wtedy ludzie mieli stylu, klasy i fantazji! Niestety ten wspaniały potencjał został w sztuce niewykorzystany i ktoś poubierał aktorów w bazarowo-stadionowe ciuchy bardzo słabo nawiązujące do tamtych czasów (nie wystarczy założyć rozszerzanych dżinsów, żeby wyglądać jak hipis). Przykre! I jeszcze jedno osobiste przemyślenie, z którym nikt nie musi się zgadzać. Przypomniałam sobie, czemu właściwie nie przepadam za teatrem. Moja koleżanka kiedyś słusznie zauważyła, że jak w teatrze aktor zrobi minę, to musi być ona widzialna zarówno w pierwszym, jak i ostatnim rzędzie. I rzeczywiście, w teatrze wszystko musi być przesadzone i zbyt wyraźnie pokazane. Zatem jak się tańczy, to od razu całe ciało musi wyginać się w epileptycznych pląsach, a jak się ćpa, to od razu ma się wszystkie możliwe reakcje fizjologiczne i psychiczne. Wiem, że narzekać na takie efekty, to jak mówić, że było za dużo teatru w teatrze, ale ja naprawdę lepiej się czuję w kinie. Jednak pomimo tych kilku czynników, które mnie lekko irytowały podczas spektaklu, okazało się, że jednak można spokojnie wysiedzieć prawie 3 godziny w teatrze. Całość ogląda się z zaciekawieniem, a liczne wstawki z piosenkami pozwalają skutecznie się ożywić. Zresztą, jak wspomniałam na samym początku, strona muzyczna jest wyraźnym atutem spektaklu i warto przede wszystkim dla niej wybrać się do teatru. Choćby po to, by przekonać się, że święte piosenki The Doors wcale nie brzmią tak głupio po polsku i że Morrison był jednak genialnym, uniwersalnym, ponadczasowym poetą.
Moni, Sunday at Devil Dirt (sundayatdevildirt.blogspot.com)
|