
Babskie party i sztuka zadawania pytańIdąc na premierę spektaklu pt. „Babskie party” w teatrze Rampa, przecinałam wraz z mężem sąsiadujący z nim, rozradowany wiosną Park Wiecha. Rozmawiając już o sztuce, zaczęliśmy robić rachunek zysków i strat z tytułu emigracji zarobkowej w naszej rodzinie i wśród naszych znajomych. Rezultat okazał się porażający dla mnie samej: kuzyn P., kuzyn K., mama J., kuzynka M. i jeszcze wiele innych osób. Gdzie nie spojrzeć, zawsze się ktoś znalazł. Podejrzewam, że nie jestem odosobniona w tej mnogości emigracyjnych doświadczeń pośrednich. Ale to tylko początek myśli, z którymi usiadłam na widowni.
Wraz z czterema bohaterkami dotknęłam tego tematu nieco bliżej. Zerwane więzi, tęsknota, ucieczka, potrzeba bliskości, złudzenia, porzucenie, szacunek do siebie, jego brak. I słowa, które początkowo ślizgały się po gładkiej tafli banału i nieważnych drobiazgów. A jednak z tych drobiazgów przędły swoją codzienność, która przeciągnęła się w lata. Lata nabrzmiały ciężarem rozłąki i małych grzeszków, żeby przetrwać i dać sobie radę, żeby zapomnieć o tym, co trudne, od czego się uciekło. Wszystko jest ok. Ale nie jest. Od niczego tak naprawdę nie da się uciec, bo dopadnie tak czy siak i będzie dopominać się załatwienia, dokończenia, a przede wszystkim: nazwania.
I tak nazywałam razem z Wandą, Teresą, Barbarą i Heleną ich losy, odnajdując w nich cząstkę siebie i innych. I rodziło się we mnie coraz więcej pytań, takich, jakie zadają dzieci, pytań, na które trzeba odpowiedzieć gdzieś w sobie. O sens tego, co robimy, i tego, co zaniedbujemy, o prawdę, uczciwość, wierność. Nudzę? Tak, to już wyświechtane słowa, które wiatr biegu codziennego dnia porywa i rzuca daleko za siebie. Ale czy tak się dzieje, czy nie – one wciąż są ważne.
Jest także problem odległości, dystansu pomiędzy bliskimi. To nie jest przecież kwestia kilometrów do przebycia. To bardziej w nas, często poranionych, zagubionych, „niedopowiedzianych”, to w nas są te metry, kilometry, które nie pozwalają na bycie razem, blisko siebie duszą i sercem, na bycie w stu procentach.
I jeszcze, za sprawą towarzyszącego cały czas motywu tła – widoku na Chicago od strony Jeziora Michigan – poczucie bycia ciągle przybyszem w drodze. Nie mogłam się go pozbyć. W tle – światła miasta – albo raczej obietnica stabilizacji i spełnienia marzeń o czymś lepszym. W tle – cel marzeń i cel wędrowania. Jaki?
Babskie party nawiedza rozśpiewany duch mężczyzny i, co za tym idzie, inne spojrzenie na rzeczywistość. Drobiazgi tracą znaczenie albo zaczynają wyglądać inaczej, czasem nawet wręcz śmiesznie. Mimo tego jednak, albo może dzięki temu zatacza się krąg dopełniony jakąś równowagą przykazaną człowiekowi od zarania.
Wartym wspomnienia jest wątek etyki dziennikarskiej zarysowany w sztuce. Zbieżność dat: 04.1990 i 25.04.2010. Zniesienie cenzury i premiera spektaklu. Co wolno, jak wolno i ile wolno powiedzieć szerokiemu gronu anonimowych odbiorców? I w imię czego? Za jaką cenę?
Być może za dużo patosu, grzebania, doszukiwania się czegoś więcej i głębiej w moim odbiorze. Jednak tak patrzę na rzeczywistość, nie gubiąc przy tym dziecięcej radości i często zachwytu. Dlatego też z mojej strony wdzięczność dla wszystkich twórców spektaklu za słowa wypowiedziane, wyśpiewane w znanych, oryginalnie zaaranżowanych piosenkach, słowa zabawne, lekko wygrane, wytańczone. Woal subtelności i wielu znaczeń. Woal, którym dobrze było się otulić i w nim pozostać. I to wszystko w tym wyjątkowym klimacie, jaki daje się odczuć w Teatrze Rampa. Klimacie, który rodzi się z serca.
|